Strona główna » Zwierzęta » Polowanie na dziki w mieście Stanisławowie

Polowanie na dziki w mieście Stanisławowie

Polowanie na dziki w mieście Stanisławowie.

Wypadek ten niezwykły i ciekawy zdarzył się 8. Października w r. 1870.

W lasach hr. Stadiona, odległych o dwie mile od Stanisławowa, urządzono wielkie polowanie z nagonką na dziki, i wypędzono całą trzodę, złożoną z 18 sztuk do lasu Łysickiego o milę od miasta oddalonego. Gdy i tam trzoda nie znalazła spokoju, prześladowana przez łowców, zbliżyła się ku Łysickim polom, rozlegającym się o pół mili od Stanisławowa, zarosłym gęstymi krzakami, gdzie przenocowała. Nazajutrz rano wśród mgły wyszła z krzaków na role włościańskie w celu żerowania Wieśniacy w części pieszo lub konno dążyli ku owym polom z pługami, spostrzegli żerujące świnie i wnet poznali, że to są dziki. Zebrawszy się i naradziwszy z sobą, postanowili zajść je od krzaków i z głośną wrzawą natrzeć na nie w celu napędzenia na kogoś, któryby uzbrojony w strzelbę mógł bodaj jedno z nich położyć.

Plan wykonany został pomyślnie, wnet więc rozległa się w gęstych zaroślach straszna wrzawa i cały zastęp wieśniaków pieszo i na koniach wypadł z zarośli na żerującą trzodę, nie spodziewającą się wcale tak gwałtownego natarcia. W panicznym popłochu rzuciła się ona wprost ku miastu. Wrzawa piekielna zwróciła uwagę żołnierzy, kwaterujących w pobliżu wsi, którzy wypadli z karabinami, a spotkawszy się z trzodą w szalonym pędzie ku miastu dążącą, kilka za nią strzałów posłali.   

Strzały te tem większem przejęły dziki przerażeniem, zwłaszcza, że pogoń za nimi wcale nie ustawała. W takim popłochu zbliżyły się ku ogromnemu parkowi br. Romaszkana, przylegającego do samego miasta, który zdala przybiera postać gęstego i rozległego lasu. Tu spodziewały się dziki znaleść pożądane schronienie, lecz jakżeż srodze nadzieje ich zawiedzione zostały! Mniemany las otoczony był mocnym i wysokim parkanem. Rozpacz ich widocznie ogarnęła, toż zrazu dziwne zaroiło się w trzodzie zamięszanie, a następnie zerwał się zupełnie uorganizowany w tej uciekającej rzeszy porządek, rozprysła się ona na wszystkie strony i już wszystko pędziło na oślep.

W taki sposób wpadła rozprószona w popłochu trzoda w środek miasta, w ulice Kalicką, Średnią i Lipową, a były w tej trzodzie 4 odyńce, 3 lochy i 11 warchlaków. Było to wszystko tak przerażone i ucieczką znużone, iż niektóre wlokły się krok za krokiem szukając kryjówki. Kilkoro weszło do sklepu z mąką, zkąd je jako świnie swojskie wrzawą wypłoszono; jeden warchlak wpadł na dziedziniec szewca Chuderskiego, lecz wnet się zeń wyniknął, następnie ukazała się tam młoda loszka, którą chłop pochwyconym u Chuderskiego pałaszem ciął potężnie w prawą łopatkę, poczem goniona ze wszystkich stron wpadła w dobrze oparkanione, obszerne podwórze, gdzie ją czeladnik rzeźnicki jednym strzałem powalił. Dzisiejszy wachmistrz od straży ogniowej p. K. posłyszawszy wrzawę tem wtargnięciem dzików do miasta spowodowaną, wybiegł ze strzelbą nabitą kulami i zabił dużego odyńca dwoma strzałami w ogrodzie Lebkowicza. Innego odyńca zabili koloniści jeszcze przed rozprószeniem się dzików po mieście. Jeden z warchlaków dostał się do stajni i tam go ubito, drugi pędzony wpadł w pewne miejsce, gdzie dopiero nazajutrz rechtanie go zdradziło, i zkąd go sznurami wyciągnięto i zabito. Odyniec mocno wysilony wlókł się powoli koło szpitalu wojskowego, położył się w kałuży i tam przez chwilę wypoczywał, poczem pokrzepiony ruszył w śródmieście, gdzie właśnie targ się, odbywał i mnóstwo było ludzi i fur. Unikając ludzi, dostał się pod jedną furę, a że swobodnie przejść nie mógł, podniósł ją sobą, i przewrócił wraz z babą na niej siedzącą. Nienapastowany wydobył się ze ścisku i przez boczną ulicę wymknął się na Halicki trakt i ruszył przez most i pola ku pobliskiemu lasowi.

Inny dzik przesadził na ulicy Zabłotowskiej płot, wpadł do ogrodu i tam przenocował. Nazajutrz rano dziewka go spostrzegła, dała czemprędzej znać o gościu, wnet nadbieżono ze strzelbami, lecz dzik przez dziewkę spłoszony przeskoczył tymczasem płot, przemknął przez targowicę końską, na której właśnie żołnierze odbywali musztrę, dostał się szczęśliwie traktem Halickim przez wielki most do lasu. — Duży warchlak pędził Łysickim traktem, zboczył z niego i skrył się w trzcinie rosnącej około stawu barona Romaszkana. Córka posiadacza młyna p. M. wyszedłszy na przechadzkę, spostrzegła stojąc na pagórku, iż w trzcinie coś się rusza, a ponieważ w dniu poprzedzającym słyszała o najściu dzików na miasto, wpadła jej myśl, czyli też który z owych napastników w trzcinie się nie ukrył. Natychmiast uwiadomiła o swem spostrzeżeniu zawiadowcę młyna, który bezzwłocznie ruszył ze strzelbą na wskazane miejsce, ale napróżno szukał, krzyczał, strzelał – dzika nie było. Mimo tego jednak nie stracił nadziei spotkania się z nim. Wziąwszy więc sobie ogrodnika br. Romaszkana w pomoc, stanęli oba na przeciwległej trzcinie grobli w ukryciu i kazali chłopcom pędzić z hukiem i stukiem wzdłuż trzciny. Tak dobrze zarządzone łowy uwieńczone też zostały pożądanym skutkiem, wnet bowiem pojawił się warchlak na stawie, płynął żwawo i szybko, a gdy na kilka kroków zbliżył się do brzegu, położył go ogrodnik trupem dobrze wymierzonym strzałem i wycięgnął na brzeg.

Tak więc na tem arcyciekawem polowaniu śród miasta gęsto obudowanego i zaludnionego, padło z 18 rozprószonych dzików 8 sztuk, reszta uniknęła różnemi drogami do lasu, i nie prędko zapewne ta fatalnie rozbita rodzina zdołała się w jedno grono połączyć. W kronice miasta Stanisławowa pozostanie ów wypadek, może jedyny w swoim rodzaju, a mieszkańcy tego miasta tradycyjnie z ust do ust podawać sobie będą wieść o nim.

P.

„Łowiec z 1 marca 1879

Zwierzęta , , , , , Czytano 750 razy

Brak komentarzy do wpisu “Polowanie na dziki w mieście Stanisławowie”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)


*