Strona główna » Folklor Wielkiej Wojny » Żołnierze angielscy

Żołnierze angielscy

Żołnierze angielscy.

W „Berl. Tagebl.” pisze pod powyższym nagłówkiem B. Kellermann, specyalny korespondent z frontu zachodniego:

Myją się jak koty, które wpadły w dół z gliną.

Wszędzie na dziedzińcu siedzą lub stoją, na pomoście przy magazynie towarowym, na schodach skrobią i szczotkują. Glina z rowów w Givenchy i w Loos wzbija się w chmurach pyłu z kitlów o barwie ziemi i ze spodni. Opanki rozwijają, trą pomiędzy dłońmi, piorą i wywieszają do osuszenia. Scyzorykami usuwają stwardniałe błoto ze surdutów i spodni. Inny stoi w koszuli i trzepie spodnie. Niktby nie uwierzył, ile nagromadzić się może gliny w jednych spodniach. Głęboko siedzieli w błocie, tam u licha!

Kilku górali szkockich stoi przy kurku od wody w krótkich spódnicach szkockich i myje gołe nogi. Bili się wspaniale. Stojąc prosto, dawali salwy. Tylko niewielu z nich jest tutaj, reszta, można to poznać po ich oczach, leży tam na polu.

Wszyscy pracują bez śmiechu, prawie nie mówiąc ze sobą z powagą ludzi zajętych swym interesem. Widać, że do porządku przyzwyczajeni, błota i brudu nie znoszą. Wielką kładą wagę na stronę zewnętrzną. Wczoraj w bitwie wzięci w niewolę, dziś wielkie pranie, od jutra zaczyna się życie prywatne. Kontrakt ich skończył się. Często widziałem jeńców francuskich, pozostających trzy dni w błocie i łachmanach, dumających nad niedolą. Żadnej wagi nie przywiązywali oni do strony zewnętrznej. Kontrakt ich nie skończył się.  

Wczoraj wyglądali ci Anglicy jak horda zbrodniarzy, gdy ich widziałem brudnych i obdartych, idących z pola bitwy. Dziś wodą obmyli częściowo nie zupełnie brud z twarzy i ich twarze rzeczywiste pokazały się słońcu. Jest między nimi mnóstwo spore twarzy szubieniczników i złodziei, reprezentantów najciemniejszych zaułków londyskich w Whitechapel, przedstawicieli proletaryatu fabrycznego, atoli większość, jak żołnierz wogóle, wygląda prosto, nieociosanie i dobrodusznie. Wykazują oni szczególne cechy swojej rasy: chudość, małe przycięte wąsiki, złe zęby angielskie, zimne osadzone blizko siebie oczy i wązkie głowy. Palą ze swych krótkich fajeczek, plują na swój sposób i mówią przeważnie okropną angielszczyzną. Jest miedzy nimi wielu ludzi starych i wielu młodych, 19-letnich gołowąsych. Są oni dzielnymi żołnierzami, bez wątpienia, walecznymi i wytrwałymi, szczególnie nadającymi się do walki w rowach, czy ich atoli można uzyć w wojnie polowej z powodzeniem, wątpię. Byłoby atoli błędem nie do darowania przypuszczać, że armia Kitchenera składa się z hołoty. Jest między nimi wielu ochotników i ludzi przyzwoitych, którzy nie potrzebowali dla grosza wstępować do armii.

Większa atoli część wstąpiła do armii, ponieważ nie miała pracy, ani też widoku jej otrzymania.

Są oni powściągliwi i podejrzliwi, wszakże gdy z nimi mówi się dłużej, stają się rozmownymi, jak wszyscy jeńcy, gdy widzą, że losem ich się interesujemy. Tak, aby powiedzieć prawdę, zgłosili się do wojska, ponieważ w kieszeni nie mieli ani szeląga. Zgłosili się dobrowolnie, ponieważ chcieli wystąpić w obronie swego kraju. Długi żołnierz z Walii mówi z przekonaniem: „One has to fight, sir – to fight – to fight, to fight!”…

U niektórych spotkałem się z dziwnym zabobonem: zwalczają nas tu na kontynencie, ponieważ obawiają się, że napadniemy ich wyspę. – „Ależ wasza flota?”… Niedowierzające mruganie oczyma. „Możecie wysadzić na ląd wojska, mój panie, czyśmy tego nie uczynili na Gallipoli?” Agenci musieli ich pięknie obełgiwać.

„Czy pan walczyłbyś chętnie dalej. Czy też rad jesteś, że się skończyło?”

Są to szczerzy ludzie. Mówią tak i owak, ale w końcu przyznają się, że tak jest lepiej.

Atoli pewien podoficer, który oskrobywał swoje kamasze, powiedział mi z zimnym wzrokiem: „Naturalnie walczyłbym chętnie dalej i sądzę, że tak uczyniłaby większość z nas”.

„Jak dawno pan jesteś na wojnie?”

„Dwanaście miesięcy”.

Nie tylko on sam przemawiał w tym tonie.

Jeden z nich odezwał się do mnie po niemiecku. Mówił głosem wysokim dziewczęcym, skoro atoli mówił po angielsku, dźwięk jego głosu był normalny męzki. Opowiadał o scenach straszliwych, podawał szczegóły przerażające. Jak jego towarzysz padł głową na ziemię i uwiązł z nogami wzniesionymi w górę. Rzecz niezrozumiała. Nigdy tego nie zapomni. Później chciał to narysować. Był on jednym z niewielu tych ludzi, którzy mieli pojęcie, gdzie walczą. Był on w rowach pod Festhubert. Inni nic nie wiedzieli. Byli w trenches i na tem koniec. Poglądu na front angielski nie miał z nich żaden. Malarz twierdził, że ich wystrzelała własna artylerya. Pewien artysta z variété, mały krępy człowieczek, był tego samego zdania.

Większość ich była tego zdania, że ustawa o powszechnej służbie wojskowej nie przejdzie. Nigdy! I podoficer, który gotów był wrócić do rowów, oświadczył, że jest przeciwnikiem tej ustawy. „Jest lepiej tak” – mówił – „kto chce walczyć, niech walczy, kto nie chce, niech zostanie w domu. Taki jest mój pogląd. Czyż byłoby zasługą walczyć, jeżeli się jest zmuszonym?”

Ale „chances” widoki zwycięstwa? Byli oni tego zdania, że Niemcy z biegiem czasu się wyczerpią. Kitchener może mieć tylu żołnierzy, ile zechce. Wszyscy przecież życzą sobie, aby wojna skończyła się rychło. To już nie wojna. Nienawiści do Niemców nie czują. Walczą za sprawę angielską. Kropka.

Źle usposobiony sierżant, ten sam, który miał na piersiach fotografią małej, złotowłosej Irlandki, zawiniętą starannie w zielony papier, szepnął mi do ucha, że gotów się założyć, iż Niemcy odniosą zwycięstwo. O każdą sumę. Obecnie się nie przełamali i nie przełamią się nigdy. Dyabeł niech porwie politykę. Jest głupstwem walczyć dalej. Niechajby Grey raz tylko przyszedł do rowów, chociażby na kilka godzin. Wzburzony splunął i zaklął najokrutniej.

Zjawia się znowu mój groteskowy Szkot. Jego przyjacielskie oczy błękitne jaśnieją. Otrzymał nowe solidne buty. Wczoraj biegał boso, mając nogi owinięte tylko pasem. Odłamek granatu oderwał mu podeszwy. Był szczęśliwy z powodu nowych „boots”.

„One wojnę przetrzymają”.

„Tak. Miejmy nadzieję, że długo nie potrwa”.

W gmachu obok umieszczono prowizorycznie oficerów. Jak długo wojna trwać będzie, to im obojętne.

Rok, dwa, trzy lata, gdy będzie potrzeba. Anglia posiada dość pieniędzy i dość ludzi. Im dłużej trwa wojna, tem większe są szanse Anglii. Jeżeli teraz nie przełamali się, przełamią się następnym razem lub za rok. Tak mówią. Jako oficerom inaczej mówić nie wypada.

Na jakiej podstawie mogłaby dziś Anglia zawrzeć pokój? Kilka kolonii niemieckich, ot wszystko, co Anglia w rękach swych posiada. A więc nie pozostałoby nic innego. Czy atoli sądzą, że im tyle czasu pozostawimy? Tego pytania nie rozumieją.

W ich towarzystwie znajduje się także oficer francuski, który walczył pod Souchez. Przechadzając się ze mną, powiada z rezygnacyą: Tak dalej nie idzie. Dyplomaci wojnę wszczęli, niech ją ukończą. Orężem wojny nie skończymy. Jeszcze kilka set tysięcy ofiar i sytuacya ta sama.

Anglicy stoją w szeregu do transportu. Poruszają się na miejscu z niecierpliwością, widać w ich oczach radość i półgłosem śpiewają: „There is a far way…” W końcu żywo idą nie jak żołnierze, lecz gimnastycy.

Żegnają mnie ruchem ręki. Łatwo godzą się z losem. Byłoby z nami źle, gdyby z taką samą ochotą szli do walki.

„Dziennik Poznański” z 19 października 1915

Folklor Wielkiej Wojny , , , Czytano 1 173 razy

Brak komentarzy do wpisu “Żołnierze angielscy”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)


*