Strona główna » Z życia codziennego » Jarmark Świętojurski we Lwowie

Jarmark Świętojurski we Lwowie

Jarmark Święto-jurski we Lwowie.

Kto z natury swojéj jest ciekawym, kto przechadzkę lubi, na nic obojętnie nie patrzy, i chce mieć jakowe wyobrażenie Zapust Weneckich na Placu Śgo Marka, temu życzliwie radzićby należało, aby odwidził nasz jarmark Święto jurski. Obaczyłby on tam śród zgiełku i wrzawy tłum różnobarwny, kipiącą zgraję rozmaitych klas ludu, mrowisko godne ze wszech miar utrwalenia Daguerotypem. Jarmark Święto-jurski we Lwowie od dawnych już czasów jest tylko dla blizkich okolic słynnym, i stał się li jarmarkiem potrzeb gospodarskich; ale był on niegdy targowiskiem drogich towarów wschodnich. Wieża ratuszna, matka téj, która teraz na jéj miejscu się wzniosła, miała na sobie nawę z wioślarzami, jako godło, że Lwów stolica Ziemi Halickiéj, był niegdy składem towarów zamorskich. Ormianie, Grecy, Turcy, Serbowie zbywali w nim swoje wyroby, i ztąd pochodzące bogactwa, były podobno początkiem do powstania miasta Lwowa. Ale gdy czas wszystko zmienił, nie patrzmy w przeszłość, wróćmy do Święto jurskiego jarmarku i obaczmy, jakim jest teraz.  

Skoro się tamże puścimy jezuicką ulicą, już nas pochwyci strumień mieszkańców miasta, i z nim popłyniem na piękne, wesołe wzgórze, panujące nad Lwowem i ozdobione prześliczną rzymską strukturą kościoła, którego imieniem zaszczyca się plac jarmarku. Tam stanąwszy, ujrzymy po lewéj ręce ogromne wozy, naładowane drewnianemi naczyniami bednarskiemi, podobne do owych rzymskich wież na grzbietach słoniów osadzonych; około nich na ziemi są w szerokie kręgi lub piramidy ustawione towary garnczarskie, w które gospodynie próbując ich dobroci, palcami dzwonią, a zgraja żaków przygrywa im na fujarkach, lub na glinianych konikach przygwizduje. Muzyka jakkolwiek prześliczna jednakże uszy świdrująca. Ale nie tylko na zmysł słuchu znajdziesz tam przyjemność, i węch twój równie nasyconym będzie: najwonniejsze aroma wydaje w żelaznych patelniach skwarząca się wieprzowina, na którą wyposzczona tłuszcza iskrzącém pogląda okiem, a od któréj Żyd, jakby od powietrza, umyka. Naczynia garnczarskie i bednarskie odwidzane są ponajwiększéj części przez płeć niewieścią przedmieszczańską, wystrojoną w korale, chustki, jupki, a nawet i szale. W téj stronie rozwieszone są także różne świecidła, korale, paciorki, skaplérze, mentaliki i tam daléj.

Po środku samego placu stoją rzędem po jednéj stronie budy pokryte płótnem w łuki owalne, ozdobione sosnową wiéchą, upstrzoną włoskiémi pozłacanemi orzechami. W tych grotach odbywają się obiaty na cześć Bachusa, ztąd grzmi huczna muzyka, i rozlegają się piosnki wesołe. Po drugiéj stronie placu są rozbite namioty, pod któremi przedają się w różne kształty wyrabiane pierniki: tą drogą idąc, idzie się bardzo słodko: bo tu prócz pierników i cukierków ujrzysz słodkie piękności Lwowskie; tu jest targ na serca, tu kochankowie zawiérają spojrzeniem traktaty, tu westchnienia i pierniki zastępują miejsce bilecików miłosnych, tu matki niby od niechcenia wystawiają na przegląd co tylko maja pięknego w domu, tu wszystko wyświeżone, wystrojone znajduje swego kupca i miłośnika.

Po prawéj ręce wozy z towarami formują dwie długich ciasnych ulic, z którychby jednę słusznie tłustą, drugą zaś ciepłą nazwać można. Na tłustéj ulicy ściany są z samych sadeł i połci słoniny wykładane, ugarnirowane z najlepszym smakiem festonami z kiełbas Zbarazkich, których sława jest szeroka; są to wieńce, wawrzyny święto-jurskie, po które wszelki duch dąży, i na których widok wszelką duszę oskomina zbiéra. Gdy się tą ulicą przez gęstwę przepychasz, musisz, choćbyś i nie chciał, wprzód i w tył kułakować i być nawzajem kułakowanym, inaczéj ustrzągłbyś jak w bagnie i nie wyszedł swojemi nogami. Lecz bądź sam wyjdziesz, bądź cię wyniosą, zawsze masz tę korzyść, że cię z wiérzchu gratis omaszczą.

Jeżeliś w ulicy tłustéj nie spocił się, i z żadnym nie zdybał Izraelem, wejdzże w ulicę ciepłą, a będziesz w tym względzie sowicie zadowolonym. Tu jest targ prawdziwy, tu się targa w ścisłém znaczeniu tego słowa Żyd z chłopkiem o pas, czapkę, siérak, kożuch, opończę i obuwie: tu jeden drugiemu dobijając targu wali potężnie w łapę; strzeż się, abyś nie wszedł pod zamach, ległbyś jak od piorunu. Tu jest garderoba narodowa, tu chłopek lub przedmieszczanin ma w Żydzie kamerdynera, tu mu on usługuje przy toalecie, tu go rozbiéra z letniéj płócianki, a przyodziéwa w barani kożuch, albo wełnistą opończę; wtyka na głowę łokciowa ze wstążkami kosmatą czapkę i podając kawał stłuczonego źwierciadła w rękę, pyta pochlébnie i pochwalnie: „Nu! Sam powiédz, nie wyglądaszże, jakby na pana Starostę?” Ale skoro kamerdyner za toaletę pieniądze zagarnął, już swego pana Starostę, aby mu nie zawadzał, silnym szturkańcem na bok odtrącił, a nowego przybysza wziął w operacyję.

Tym trybem odbywa się jarmark Święto-jurski. Wszędzie tłumno, ciasno i nabito: wszędzie, gdzie stąpisz noga, wléziesz na jakiś kram na ziemi rozłożony, lub niechcąc przycisniesz się do jakiéj pięknéj, jędrnéj piersi; wszędzie zdybiesz się z koszykiem bakaliów lub owoców, a jeżeli ujdziesz dyszla, popchnie cię niezawodnie niesacy skrzynie, cebrzyk lub wannę, i wszędzie, jeżeli się zwinnie nie umkniesz, dostaniesz lub zapłacisz jarmarkowe poczesne. A kiedy się z téj pełnéj kurzu, pyłu i wrzawy otchłani zdrowo i bez szwanku wydobędziesz, spojrzyj po sobie, a zobaczysz, że w jakimkolwiek kolorze na jarmark przyszedłeś, pewnie ztamtąd szaro-popielato powrócisz.

Q***

„Gazeta Lwowska” z 17 października 1839

Z życia codziennego , , , , , Czytano 1 019 razy

Brak komentarzy do wpisu “Jarmark Świętojurski we Lwowie”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)


*