Nowoczesna Sodoma

Nowoczesna Sodoma.

Ludzie, strzegący moralności, jak oka w głowie, nazywają niekiedy Paryż „nowoczesnym Babilonem”, piętnując tem mianem nietylko różnobarwność i „różnojęzyczność” stolicy francuskiej, ale także jej życie rozwiązłe, przypominające życie, jakie ongi toczyło się w mieście Sardanapalów i Nabuchodonozorów. Francuzi, dumni ze swego Paryża, gniewają się na podobną opinję i dowodzą, że Paryż jest istotnie najgwarniejszem, najruchliwszem, najbłyskotliwszem miastem w Europie, ale pod względem moralności nietylko nie jest gorszem od wielu miast innych, lecz przeciwnie, znacznie je nawet przewyższa.

Spór to nie do rozstrzygnięcia: faktem jest to jednak, że jeśli mowa o zepsuciu wielkomiejskiem, to ani Paryż, ani żadne inne miasto europejskie nie może pójść w porównanie z Nowym Jorkiem, o którym wszyscy, którzy to miasto zwiedzili, stanowczo twierdzą, że bez przesady można je porównać do owych dwóch miast palestyńskich, które zniszczył ogień z nieba i jako przestrogę ku wiecznej rzeczy pamiątce pozostawił jeno ślad po nich w postaci morza Martwego.

Zepsucie moralne dochodzi w Nowym Jorku do takiego rozpasania, iż nietylko mówi się o niem jawnie i bez najmniejszych osłonek, jak o chlebie powszednim, ale staje się ono nawet hasłem wyborów do zarządu miejskiego. W imię zepsucia, w imię jego ochrony wystąpili kandydaci do urzędów miejskich; jako hasło swoje wywiesili oznakę najwstrętniejszej zgnilizny moralnej – czerwoną latarnię – i zwyciężyli, bo dwuletnie rządy zwolenników reform, którzy chcieli ograniczyć nieco rozpasanie zepsucia, już się naprzykrzyły mieszkańcom Nowego Jorku.

W żadnem z miast europejskich niema tylu szynkowni i domów rozpusty, co w Nowym Jorku. Londyn, znacznie większy i ludniejszy, może pod tym względem uchodzić za istny przybytek cnoty i moralności

Wszystkie wielkie miasta kryją w nurtach swoich nędzę z całym szeregiem fatalnych jej następstw. Wśród nędzy tej rodzą się zbrodnie wszelkiego rodzaju. W Nowym Jorku jednak zepsucie i zgorszenie nie od dołu ku górze się przedostaje, lecz na wierzchu, wśród klas najbogatszych, które obrały sobie za bóstwo dolar i czołobitną cześć mu składają.

W Nowym Jorku istną klęską dla publiczności pieszej są samochody, w których „rozbijają się”, a zarazem tratują przechodniów synowie miljonerów i bogatych przemysłowców. Niema dnia, w którymby w rubryce wypadków nieszczęśliwych nie zanotowano kilku lub kilkunastu przejechań samochodami.

Czyż nie ma kary na takich jegomościów? – zapyta przeciętny europejczyk. Nie ma, a raczej kara ta nic ich nie obchodzi, ogranicza się bowiem na zapłaceniu mniejszego lub większego odszkodowania. Sądy nowojorskie bardzo są łaskawe dla ulubieńców „Złotego cielca” i pozwalają im, w razie pociągnięcia do odpowiedzialności sądowej za przejechanie, dowieść, że poszwankowany sam sobie winien, bo skutkiem własnej nieuwagi wpadł pod samochód.

Europejczycy uważają Amerykanów za społeczeństwo demokratyczne, z ustrojem, opartym na równości prawa; europejski podział na szlachtę, mieszczan i włościan nie przedstawia takich różnic klasowych, jaką wytwarza w Ameryce bogactwo. Syn, który dorobił się majątku, wypiera się niezamożnego ojca; brat nie zna wcale brata, jeśli ich dzieli różnica majątkowa.

Ludzie, poważniej i moralniej zapatrujący się na życie, załamują ręce rozpaczliwie na widok tego, co się dzieje wśród rodzin bogaczów. Dwa tygodnie temu odbył się ślub córki miljonera z bogatym przemysłowcem. Kościół płonął cały od blasku świec; wejście zamieniono w istną cieplarnię roślin egzotycznych. Tłumy zbiegły się na ślub, jak na dziwowisko. W dziesięć dni później małżonkowie stanęli przed sądem, domagając się rozwodu. Przykład to jeden z tysiąca; takie rzeczy w Nowym Jorku niemal codziennie się powtarzają. Doszło do tego, że duchowieństwo zaczyna agitować za ustanowieniem prawa, któreby ograniczyło lub wręcz uniemożliwiło zamienianie kościołów w przybytek zbytku na czas ceremonji ślubnej.

Niedawno temu dama „z wyższego towarzystwa” zamordowała męża; przyczyną była niechęć z jego strony podania się do rozwodu. Dama owa miała już sześciu mężów, ofiarą morderstwa padł siódmy.

Zepsucie ze sfer wyższych przechodzi w dół i przenika niższe warstwy mieszkańców. Za poprzednich rządów miejskich, które dążyły do reformy i skutkiem tego upadły, stwierdzono, że więcej niż połowa „stadeł” nowojorskich żyje w związkach nielegalnych. Następstwa tego są straszne, zepsucie szerzy się jak zgnilizna i obejmuje coraz szersze kręgi.

Rząd wysyła wojska przeciwko mormonom w zachodnich stanach Unji, a tymczasem mormonizm, o wiele gorszy, niż ów religijny, kwitnie w Nowym Jorku, nie kryjąc się bynajmniej przed blaskiem dnia, ani przed okiem władzy, która na tego rodzaju rzeczy patrzy okiem pobłażliwem.

Władze zresztą, zwłaszcza miejskie, które od nowego roku objęły zarząd spraw nowojorskich, najczynniejszy biorą udział w tej orgji niecnoty. Nigdzie na świecie przekupstwo nie grasuje w tak wysokim stopniu, jak obecnie wśród władz nowojorskich. Zdzierstwa w Chinach lub na Korei, opisywane pełnemi oburzenia słowami przez turystów niczem są w porównaniu z tem, co się dzieje w Nowym Jorku.

Nic też dziwnego, że ci, którzy czas dłuższy przebyli w tem olbrzymiem środowisku ludzkiem, nazywają je „Nowoczesną Sodomą”. Nazwa ta jest zupełnie usprawiedliwiona.

„Dziennik Polski” z 2 lutego 1904

Ciekawostki, Z życia codziennego , , , , , Czytano 1 017 razy

Brak komentarzy do wpisu “Nowoczesna Sodoma”

Zostaw odpowiedź

(wymagane)

(wymagany)


*