Wpisy otagowane jako oszuści

Nieczyste sumienie

5 kwietnia 2015

Nieczyste sumienie.

Redaktor pewnego dziennika prowincjonalnego umieścił w swojem piśmie następujące ogłoszenie: „W jednym z tutejszych składów win, kupiłem zeszłego tygodnia butelkę wina czerwonego. Jak się pokazało, składało się to wino z wody zafarbowanej, spirytusu i innych ingrediencyj. Na wypadek, jeżeli dotyczący skład win w przeciągu tygodnia nie przyśle mi butelki prawdziwego wina czerwonego, ogłoszę nazwisko i mieszkanie tego fałszerza wina”. I stał się cud, nieczyste sumienie odezwało się u 23 handlarzy win, redaktor otrzymał od każdego z nich butelkę prawdziwego najlepszego wina czerwonego.

„Gazeta Narodowa” z 3 października 1886

Smalec z przymieszką psiego i kociego

24 października 2014

Smalec z przymieszką psiego i kociego.

(Ł) Sąd okr. w Toruniu rozpatrywał sprawę przeciw dyr. fabryki „Standart” w Grudziądzu, Selmowi Szarfowi, Pinkusowi Bibelmannowi i inż. Dawidowi Rosenbergowl, oskarżonym o oszustwa.

Według aktu oskarżenia, firma „Standart” dostarczyła w 1937 r. miejscowemu pułkowi piechoty 200 skrzyń smalcu, który – jak wykazała ekspertyza – posiadał domieszkę tłuszczu kostnego. Dochodzenia ujawniły, że firma wytwarzała smalec wieprzowy z dużą domieszką tłuszczów kostnych z cieląt, koni, psów, kotów oraz zepsutego mięsa, które mieszano, oczyszczano w rafinerii i sprzedawano jako smalec wieprzowy. O oszustwach tych donieśli sami robotnicy, którzy nie chcieli być współwinnymi za karygodne czyny.

Sąd, po przesłuchaniu 20 świadków, skazał: Szarfa na 1 rok więzienia i 3000 zł grzywny, zaś Rosenberga na 8 miesięcy więzienia.

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 5 czerwca 1939

Niezwykłe oszustwo

15 marca 2014

Niezwykłe oszustwo.

Piszą z Nura gubernji łomżyńskiej:

Do Jana Morawskiego przybyli jacyś obcy ludzie i oznajmili mu, że posiadają plany, a na nich oznaczone miejsce, gdzie znajduje się skarb zakopany w ziemi. Łatwowierny gospodarz przyjął przybyszów, poczem udali się na poszukiwanie miejsca. Jakoż natrafili na pudełko, po roztworzeniu którego okazało się dużo pieniążków żółtych z wyobrażeniem Napoleona III. Jedną sztukę wyjętą zawiózł M. do Ciechanowca i załatwiwszy sprawunek upewnił się, że znaleziono prawdziwe złoto. Owi podróżni po namyśle oświadczyli, że podług sprawiedliwości połowa znalezionego skarbu powinna należeć do nich, wszelako mając na względzie uczciwość i dobre przyjęcie gospodarza, żądają tylko 400 rubli, a po więcej przybędą innym razem. Otrzymawszy żądane 400 rubli, żegnani życzliwie, na wozie tegoż gospodarza odjechali do Małkini. Wkrótce wieść o znalezionem złocie rozeszła się po wsi i dalej, okazało się jednak, ze pieniążki te były to zwyczajne nie mające żadnej wartości marki do gry w karty.

„Przyjaciel Ludu” z 10 czerwca 1900

Cygańska Kassandra

17 lipca 2013

Cygańska Kassandra.

Po przedmieściach lwowskich włóczy się od dni kilku jakaś stara cyganka, zapewne należąca do liczniejszej bandy, która koczuje gdzieś blizko Lwowa. Cyganka ta zwidza chaty przedmiejskie i mimo wzbraniania się ich mieszkańców, wróży im przyszłość. Groźna a odrażająca zarazem postać starej cyganki, jej wróżby, pełne najdziwaczniejszych banialuków, gróźb i przestróg – tak wielki wywierają wpływ na zabobonne umysły niektórych przedmieszczan, że owładnięci grozą, przed niepożądanym gościem nie śmieją w dziwnie zabobonnem przerażeniu stanąć w obronie swej własności, którą wśród wróżb przywłaszcza sobie cyganka, zmiatając śmiało wobec mieszkańców bieliznę, suknie i t. d. do ogromnego kosza. Ofiarą takiej śmiesznej zabobonności padają osobliwie rodziny krupiarskie. Przebiegła cyganka korzysta wybornie z tego i wybrawszy się z próżnym koszem na proroczą wróżkę, wraca z pełnym do bandy. Z niektórych domów wypchnięto wprawdzie oszustkę; dziwimy się wszakże, że nie znalazł się dotąd nikt, coby pomógł tej makbetowskiej megerze do samotnych dumań nad przyszłością pod kluczem.

„Gazeta Narodowa” z 30 października 1864

Inwalida oszust 1863

17 lipca 2013

Wyzyskiwanie litosci kosztem zmyślanych nieszczęść, których przyczyną mają być przykre ciężary powstania lub udział w temże, stało się od pewnego czasu rodzajem zyskownego przedsiębiorstwa. Konstatując ten fakt nie myślimy wcale naganiać współczucia ku tym, których wypadki powstania istotnie o nędzę lub kalectwo przyprawiły, lecz chcemy równocześnie, aby i dawanie i odbieranie pomocy było jak najsłuszniejsze, gdyż oszukaństwa mogą się tylko przyczynić do zrażenia dobroczyńców, ze szkodą istotnie potrzebujących.

I tak od niejakiego czasu chodzi po domach niejaki Sylwester Edward Starzyński, z profesji szewc, a obecnie patentowy inwalid z wojska austrjackiego z r. 1848, który fałszywie za kalekę z obecnych szeregów powstańczych się podaje. S. wzrostu miernego, jasnobląd, z rudawemi faworytami, jest wprawdzie godnym litości, gdyż lewą nogę m zupełnie połamaną, tak iż musi na dwóch kulach chodzić – lecz jest on godnym litości jako żołnierz austrjacki, ranny w Węgrzech, nie zaś jako partyzant polski, ranny pod Radziwiłłowem, za jakiego się wszędzie wydaje. S. mógłby więc prosić o wsparcie odzywając się do wrodzonego każdemu uczucia litości, gdy tymczasem wyzyskuje on w sposób kłamliwy uczucia inne, i jak nam wiadomo, niezłe już na tem zrobił interesa. Kaleka taki niezasługuje już na żadną litośó, temci bardziej Starzyński, który zdolny jest do roboty, gdyż pracował do niedawna u szewca, pana J. Jankowskiego.

„Gazeta Narodowa” z 19 grudnia 1863

Żartowniś 1879

5 lipca 2012

Mistyfikacja, której ofiarą padli niedawno dwaj mieszczanie lwowscy, zagrożeni śmiercią itd., jest niczem w porównania z procesem, jaki się toczy obecnie przed sądem wojennym marynarki angielskiej w Devenport. Porucznik okrętowy Coyte, mając szyfrę telegramów rządowych, zabawiał się dłuższy czas wysyłaniem rozkazów do rozmaitych stacyj morskich, ażeby chwytano urojonych korsarzy fenijskich, transporty torpedów itp. na Oceanie Atlantyckim. Admirałowie i dowódcy statków dali się wziąć na lep temu figlarzowi, i cała eskadra przez dłuższy czas uganiała po morzu bez najmniejszej przyczyny, ale z niemałym kosztem dla skarbu, póki telegrafista w Kingstown na wyspie Jamajce nie odkrył fałszerstwa. Żarcik ten drogo kosztować będzie swego sprawcę, bo „sąd wojenny nie żartuje”.

„Dziennik Polski” z 6 maja 1879

Aresztowanie śmierci

5 lipca 2012

Nowy Sącz.

Aresztowanie śmierci.

Pewien emigrant, włościanin z powiatu nowotarskiego, przysłał swojej żonie kilkaset złotych na ręce miejscowego wójta, który z wielką niechęcią oddał te pieniądze. Kobieta udała się z niemi zaraz do miasta i ulokowała je w kasie na procent. Chciwy wójt, nie wiedząc o ulokowaniu już pieniędzy, udał się po północy przebrany za „śmierć” z kosą w ręku do kobiety, żądając oddania mu sumy otrzymanej od męża. Drżąca od przestrachu kobieta uprosiła „śmierć” o przedłużenie jej życia do drugiego dnia, aby oddane już do kasy pieniądze mogła odebrać. Nazajutrz udała się rzeczywiście biedna kobieta do kasy. Urzędnicy kasowi zdziwieni, z wielkim trudem wydobyli z niej cały sekret i odwiedli ją od zamiaru, przyrzekając wysłać do chałupy „anioła”, który wystraszy „śmierć”. Istotnie zawiadomili o wypadku komendanta żandarmerji i ten uspokoiwszy przestraszoną kobietę, udał się do jej mieszkania, gdzie pouczył ją, aby, gdy „śmierć” w nocy przyjdzie, powiedziała, że pieniądze odebrane napowrót z kasy, ma w szafie, a on sam się tymczasem tam ukryje. W nocy „śmierć” zagościła rzeczywiście o oznaczonej porze po pieniądze, a chcąc je wedle wskazówek kobiety wybrać ze szafy, dostała się w ręce ukrytego tam żandarma.

„Dziennik Polski” z 1 marca 1902

Uwięzione diabły

23 września 2011

Uwięzione djabły.

Z Gorycji piszą pod datą 29. marca:

Zabobonność naszego ludu staje się słynną. Pomiędzy wielu baśniami, w które wierzą, jest i ta także, że w lesie Pannowity ukryte są od wieków nieprzeliczone skarby. Wielu ludzi starało się już odkryć te skarby i byłoby się im z pewnością udało, gdyby nieprzewidziany wypadek, który w ostatniej chwili zniszczył wszystko. Przed kilku dniami pewien wieśniak znów chciał próbować swego szczęścia, i poszedł szukać skarbu obok strzelnicy, tam się znajdującej. Straż, stojąca pytała go czego szuka w ziemi. Wieśniak przyznał się do wszystkiego, w nagrodę za to otrzymał od straży wyjaśnienie, że djabeł, który strzeże skarbu wtedy tylko go wyda, jeżeli mu się złoży haracz w sumie 200 zł. w banknotach, 11 w srebrze a 99 1/2 centów w miedzi. Wieśniak poskrobał się w ucho, ale wiedząc, że za tę sumę otrzyma miliony, zgodził się na to, że na trzecią noc pieniądze ma przynieść. O północy rzeczywiście wśród grzmotów pojawiły się djabły i witając piekielnie chłopa, zażądali oznaczonej sumy. Chłop zadowolony oddał pieniądze a djabły kazały mu wrócić na drugą noc, bo przez ten czas muszą się przekonać, czy pieniądze są prawdziwe. – Włościanin pełen ufności przyszedł rzeczywiście następnej nocy do lasu, ale na djabłów czekał nadaremnie. Tak samo drugiej i trzeciej nocy. Dał znać więc sądowi, a ponieważ doskonale znał straż więc policja niemiała wiele kłopotu w schwytaniu oszustów.

„Gazeta Narodowa” z 8 kwietnia 1877

Jubiler na kawał wzięty

5 lipca 2011

Na kawał wzięty.

Jeden z wielkich jubilerów na rue de la Paix w Paryżu padł w tych dniach ofiarą niezwykłego postępu. Do sklepu jego weszło dwu jegomościów, na pierwszy rzut oka: pan i jego sługa. Pan, mający rękę obandażowaną i na temblaku, poprosił jubilera o pokazanie naszyjnika perłowego. Jubiler uczynił szybko zadość życzeniu wytwornego gościa. Jeden z naszyjników, pokazanych przez usłużnego kupca, przypadł nareszcie do gustu klijentowi. Niepokoi go tylko cena.

- Tak znacznej kwoty – wzdycha – nie przeznaczyłem na ten cel, jest ona zdumiewająco wysoka.

Targ w targ, godzą się wreszcie na 6000 franków. Gdy nadchodzi chwila wypłaty, przyznaje się jegomoć, że nieposiada przy sobie pieniędzy prosi jednak jubilera, aby w jego imieniu nakreślił parę słów do żony jego, gdyż z powodu chorej ręki sam pisać nie może. Służący, który mu towarzyszy, pobiegnie z listem do żony i przyniesie pieniądze a on tym czasem zaczeka w sklepie.

Usłużny jubiler chętnie pisze, jegomość, dyktuje:

„Kochana żonusiu! Proszę, wręcz służącemu 6000 franków, które mi są natychmiastowo potrzebne. Chodzi o miłą niespodziankę. Jacques”.

Jubiler zauważa, że kupujący, dziwnym zbiegiem okoliczności, nosi to samo imię. które zdobi również jubilera. Z uprzejmującym uśmiechem przyjmuje jegomość to twierdzenie do wiadomości. Służący oddalił się; po chwili wraca z sześciu tysiącfrankowemi banknotami. Jegomość płaci, naszyjnik przechodzi na jego własność… Po zamknięciu sklepu udaje się jubiler w dobrym humorze do domu. Rozpromieniona uśmiechem wita go u drzwi „kochana żonusia” i domaga się, aby pokazał jej niespodziankę, którą zapowiedział listownie.

- Co za niespodziankę? – pyta zdziwiony małżonek.

- Wszak sam pisałeś dzisiaj rano, aby ci przesłać 6000 franków, gdyż przygotowujesz dla mnie niespodziankę!

Jubiler mdleje. Gdy wrócił do przytomności, pędzi do policyi, policja szuka, nie znajduje i wszystko powraca do dawnego ładu i składu.

„Głos Rzeszowski” z 11 listopada 1913

Wybryki popów

12 maja 2011

Borbifaktor w ruskiej sutannie.

W trybunale kasacyjnym odezwało się wczoraj echo głośnego w swoim czasie kazania ks. Bobikiewicza we wsi Sadzawce. Sprawa ta miała następujący przebieg:

W pierwszych dniach stycznia b. r. podczas świąt Bożego Narodzenia gr.-kat. obrządku odbywała się w cerkwi we wsi Sadzawce ceremonia namaszczania olejem św., za co wedle starego zwyczaju, mieli parafianie płacić księdzu 2 hal. od każdej namaszczonej osoby. Ponieważ do ceremonii tej zgłosiło się bardzo mało pobożnych, proboszcz Sadzawki i radca konsystorza ks. Izydor Bobikiewicz był bardzo niezadowolony, a kiedy dowiedział się równocześnie, że parafianie jego sprowadzili sobie na święta 500 litrów wódki, dał na kazaniu wyraz swojemu oburzeniu, nazywając wszystkich swoich parafian bandą pijaków, złodziejami, świniami i t. d., wyrażając przytem pobożne życzenie, aby ich wszystkich „szlag trafił”, albo, by ich wzięli dyabli. Następnie w ciągu mszy św. rzucił ks. Bobikiewicz ze złości – krzyżem o ziemię.     Czytaj dalej…

Wojenny pasztet

24 czerwca 2010

Osobliwy pasztet.

Kupiec w Hamburgu, Jan Keller stanął przed sądem przysięgłych, oskarżony o fałszowanie produktów spożywczych. Kupiec sprzedawał po 2 m. 20 fen. funt pasztetu, który w rzeczywistości był mieszaniną drobno siekanej gumy, kleju szlamowanego, oraz mielonych włosów. Sąd skazał go na 2000 marek grzywny.

„Głos Rzeszowski” z 6 sierpnia 1916

Przyślij pan swój adres…

24 czerwca 2010

„Przyślij pan swój adres…”

W londyńskim hotelu „Royal” zamieszkał niedawno elegancki cudzoziemiec. W kilka dni po jego przybyciu pojawił się w angielskich dziennikach następujący anons: „Przyślij pan dokładnie swój adres wraz z dwiema markami po pensie (90 hal.) na ręce Augusta Brown Esq., hotel „Royal” w Londynie. Za to otrzymasz Pan sowite wynagrodzenie”. Ponieważ nie brak nigdy ludzi, którzy za zaspokojenie swojej ciekawości gotowi są zapłacić kilka centów, przeto w najbliższych dniach spadł formalny deszcz listów do Augusta Brown ż dwiema markami po pensie i dokładnym adresem posyłających. Jakżeż wielkie było zdziwienie tych ostatnich, kiedy w kilka dni potem otrzymali w kopercie prócz swoich wysłanych marek jeszcze dwie inne również po pensie. Interes był nie zły. Wkrótce hotel „Royal” zaroił się od tłumu ciekawych, którzy przychodzili po bliższe informacye co do osoby niezwykłego cudzoziemca. Ponieważ ten płacił czynsz punktualnie, a przytem nie skąpił napiwków, przeto informacye te wypadły dlań wcale dobrze; przyjęło się powszechnie mniemanie, że ma się tu do czynienia z jakimś amerykańskim milionerem oryginałem. — W kilka dni potem zjawił się znowu w dziennikach anons tej samej treści tylko z tą różnicą, że August Brown żądał teraz przysyłki marek listowych wartości sześciu pensów. Wysyłający zrobili znowu dobry interes, gdyż August Brown przysłał każdemu z nich markę za jednego szylinga. Do tego pojawiło się jeszcze kilka notatek dziennikarskich o bogatym oryginale, który w osobliwy sposób chce puszczać pieniądze. To też kiedy August Brown w trzecim anonsie zażądał dwóch szylingów i sześciu pensów (K 2,50.), musiał urząd pocztowy, w którego okręgu leży hotel „Royal”, powiększyć swój personal o dwóch urzędników, aby módz podołać ogromnej masie przesyłek, adresowanych do Augusta Brown’a. Ale teraz nastąpiło to, co nastąpić musiało. Łatwowierni nie otrzymali już żadnej odpowiedzi, a kiedy zgłosili się do hotelu „Royal”, dowiedzieli się, że August Brown, Esq., pozostawiwszy próżne kuferki, zniknął bez śladu.

„Głos Rzeszowski” z 2 sierpnia 1908

Jazda na gapę

14 listopada 2009

Jazda na gapę.

Pokazuje się, że nie tylko w Królestwie polskiem uprawianą jest na wielką skalę jazda „na gapę” tj. bez biletu, praktykuje się to także od dawna u nas w Galicyi i to masowo. Widocznie ponoszą tu winę nietylko jacyś oszuści nieuczciwi konduktorzy, którzy za złożeniem pewnej opłaty tolerują bezpłatnych pasażerów – lecz ponoszą winę niewątpliwie także i władze kontrolne, które nie spełniają należycie swych obowiązków. Wobec zniżonej w taki sposób ceny jazdy, korzystało z komunikacyi kolejowej naturalnie więcej osób, aniżeliby się to było działo w warunkach normalnych i pociągi bywały przepełnione – na czem wychodzili najgorzej ci, którzy nie korzystali z żadnych zniżek ani też prawdziwych, czy też fałszywych legitymacyi.

Jazda „na gapę”, jak donoszą z Krakowa, praktykowaną była na wielką skalę przy pociągach lwowskich i trudno rzeczywiście zrozumieć, jak to mogło się dziać przez długie czasy, zupełnie bez przeszkody. Taki konduktor, zajęty pasażerami nie mającymi wcale biletów, opłacającymi jemu tylko haracz – lekceważył naturalnie tych pasażerów, którzy płacili za bilety przy kasie — i dlatego tyle skarg ciągłych z powodu lekceważenia, szczególnie pasażerów III. klasy,

Wiele to razy pisano i żalono się na niegrzeczność wielu konduktorów III. klasy, nic nie pomagało. Odczuwać się zawsze dawał brak przedziałów dla niepalących i dla kobiet – w dodatku konduktorzy tolerowali to, że nawet w wagonach dla niepalących palono, a żądana interwencya konduktora nie odnosiła często skutku.

O wyłapaniu w ostatnich dniach w jednym tylko pociągu 76 pasażerów bez biletu lub z biletem podrobionym, donoszą z Krakowa:

„Onegdaj rano przeprowadzono ścisłą kontrolę przy dwóch pociągach: Nr. 20 ze Lwowa i Nr. 120 z Tarnowa. Pierwszy przychodzi o godzinie 4’50 rano i przywozi przeważnie emigrantów i robotników ze wschodniej Galicyi, drugi przychodzi i o godzinie 5’40 nad ranem i przywozi robotników i wyrobników z Bierzanowa, Kłaja, Bochni, Suchej, Raby, Woli Batorskiej i t d. Robotnicy ci pracują przy regulacyi Wisły, budowie kolektorów, wystawie architektonicznej i t. d. W jednym z tych pociągów w marcu wykryto 120 spreparowanych biletów zeszłorocznych; była to wskazówka, że te pociągi przedewszystkiem trzeba poddać dokładnej rewizyi. Rewizyę podjęła dyrekcya kolei państwowych w Krakowie przy pomocy dyrekcyi policyi. Dyrekcya kolei desygnowała kilku urzędników i rewizorów, a dyrekcya policyi naczelnika ekspozytury na dworcu, st. komisarza dra Jasińskiego, urzędnika p. Kantora, 7 ajentów i 20 żołnierzy policyjnych. Obsadzono wszystkie wyjścia z peronu; publiczność inteligentną, mającą bilety, odrazu wypuszczano; zatrzymywano tylko tych podróżnych, którzy nie mieli biletów lub mieli fałszywe. Wynik kontroli świadczy o stosowaniu nadużyć na wielką skalę. Siedmdziesiąt sześć osób miało fałszywe lub nieważne legitymacye, uprawniające do zniżonej ceny jazdy, dalej bilety prasowane. Dziesięć osób aresztowano; podały one fałszywe nazwiska, nie miały biletów, legitymacyi, ani pieniędzy. Aresztowani odstawieni zostali do powiatowego sądu karnego; reszta podróżnych, z którymi spisano protokół, będzie odpowiadała z wolnej stopy.

Śledztwo ustaliło, że pewnym kategoryom podróżnych dostarcza biletów jakaś dobrze zorganizowana spółka. Przeważnie są to bilety zeszłoroczne lub już użyte, ponownie przygotowane do użytku. Jak wiadomo, kasa kolejowa przy sprzedaży biletu wybija stempel na odwrotnej stronie z datą bieżącą, a nadto konduktor w pociągu przebija bilet. Tymczasem tak markowane bilety krążą później w obiegu, spreparowane umiejętnie, pozbawione stempla kasowego i przedziurkowania konduktorskiego. Bilety takie moczone są w wodzie; bibuła i karton pęcznieją, a później ulegają prasowaniu żelazkiem: przedziurkowanie biletu wypełniane jest zręcznie odpowiednią masą. Niepodobne przypuścić, aby robotnicy, każdy na własną rękę, przeprowadzili umiejętnie prasowanie i uzupełnianie zużytych kart kolejowych; czynności takie może spełniać tylko zarobkująca na większą skalę spółka. Władze stwierdziły nie tylko masowe po prostu posługiwanie się fałszywymi biletami, ale nadto nadużywanie legitymacyi, uprawniających do zniżonej ceny jazdy. Władze kolejowe postanowiły zaprowadzić teraz zaostrzoną kontrolę biletów na peronach i w pociągach, aby raz na zawsze uniemożliwić podobne oszustwa, które skarbowi kolejowemu przynoszą olbrzymie szkody.

„Głos Rzeszowski” z 9 czerwca 1912

Samozwańczy inżynier wybudował 50 km nasypu kolejowego

12 sierpnia 2009

Samozwańczy inżynier wybudował 50 km nasypu kolejowego
Kwity bez pokrycia na 50 000 zł

Wilno (Tel. wł.). W dniach ostatnich ujawniono tutaj niesłychaną wprost aferę kryminalną, dowodzącą zarówno niezwykłej bezczelności jej „bohatera” – oszusta, jak i bezgranicznej naiwności osób, które padły ofiarą naciągacza.

Przed dwoma miesiącami na stację Jaszuny przybył elegancki gentleman i, podając się za inżyniera kolejowego, rozpoczął werbunek chłopów do robót ziemnych przy budowie odcinka „nowej” linji kolejowej. Na polecenie „p. inżyniera” kilkuset chłopów kopało już wkrótce rowy i wznosiło nasypy wzdłuż istniejącego toru kolejowego z Wilna do Lidy, rzekomo w celu położenia drugiej pary szyn. Wypłaty tygodniowe uskuteczniał „pan inżynier” przy pomocy kwitów z pieczątką dyrekcji kolejowej. Okoliczni sklepikarze chętnie – za potrąceniem wysokich procentów – przyjmowali te kwity, by je później wymienić w dyrekcji kolejowej na brzęczącą monetę. Sam „pan inżynier” godnie podtrzymywał prestige swego wysokiego urzędu i na kredyt brał towary wszelkiego rodzaju, gdzie się tylko dało, na sumy, sięgające kilku tysięcy złotych. Przez dwa miesiące prowadzono regularnie prace i wybudowano aż 40 kilometrów nasypu. Sklepikarzom zebrało się już jednak kwitów na kilkanaście tysięcy zł, wobec czego jeden z nich udał się do dyrekcji kolejowej w Wilnie żądając wymiany bonów na gotówkę. Rzecz prosta, że oszustwo wyszło wtedy na jaw. Żadnego „inżyniera” na roboty ziemne nie delegowano, nie było też bynajmniej projektu układania drugiego toru z Wilna do Lidy. Zanim jednak policja wdrożyła śledztwo, „pan inżynier” uciekł bez śladu, zostawiając kilka tysięcy długów, i „kwitów” na 30,000 zł.

Po śladach oszusta policja zawędrowała do Landwarowa, gdzie „pan inżynier” zdołał znów zwerbować sporą liczbę robotników i przystąpił „do budowy toru kolejowego Wolno-Grodno”. Zdążył już usypać kilka kilometrów nasypu. Jak się okazało, samozwańczy inżynier zdołał wprowadzić w błąd nietylko chłopów, ale i urzędników kolejowych, którzy mu udzielali wszelkiej pomocy w jego „odpowiedzialnej pracy”. W rezultacie udało się policji przyłapać oszusta w Rudziszkach. Pomysłowym naciągaczem okazał się Zygmunt Węgorski z Lublina, kilkakrotnie już karany za oszustwa.

„Dziennik Poznański” 3 sierpnia 1930

Fabrykant cygar przed sądem

11 sierpnia 2009

Fabrykant cygar przed sądem.

W Raciborzu na Górnym Śląsku toczył się przed izbą karną ciekawy proces przeciwko fabrykantowi cygar Pawłowi Böhmowi. Na rozprawę zawezwano 34 świadków i 9 rzeczoznawców. Żołnierze będący w Królestwie Polskiem skarżyli się na 6 fenygowe cygara „Londondocks”, które były niemożliwe. Użalili się u lekarza, który zbadał cygara i stwierdził w nich zgniłe włókna i odpadki myszy. Oprócz tego zawodowiec i znawca wyrobów tytoniowych stwierdził, że tytoń tych cygar nie fermentował, że fabrykant wytwarzał z surowego tytoniu cygara. Cygara z takiego tytoniu są niebezpieczne dla zdrowia. Kantyny wojskowe pobierały cygara te od niejakiego Schönfeldera z Wrocławia, a ten od fabrykanta Böhma z Raciborza. Böhm, skoro dowiedział się o badaniach jego cygar, zmienił nazwę gatunku z „Londondocks” na „Sumatra” i w dalszym ciągu gatunek ten sprzedawał. Mimo to sprawa wyszła na jaw i fabrykanta zabrano do więzienia śledczego. Rzeczoznawcy stwierdzili, że w cygarach Böhma była słoma, włókna, sznury, trawa i robaki. Wszystko to pokrajano maszyną i zafarbowano wodą z cykoryi lub tytoniu. Oskarżony tłomaczył się, że robotnicom nakazywał, aby utrzymywały porządek w fabryce. Sąd uznał oskarżonego winnym i skazał go na trzy miesiące więzienia.

„Dziennik Poznański” z 10 maja 1916

Następna strona »