Wpisy otagowane jako pomyłki

Żywy nieboszczyk

7 czerwca 2014

Żywy nieboszczyk.

Z Petersburga donoszą do pism berlińskich: We wsi Jegorówka, w gub. tulskiej, pochowano chłopa, jako nieżywego. W dwa dni potem z mogiły zaczęły się dobywać jęki. Chłopi utrzymywali, że nieboszczyk pokutuje za grzech i nie chcieli go odkopywać. Dopiero po upływie dalszych dwóch dni, przy pomocy żandarmeryi odkopano chłopa, który jeszcze żył, ale znajdował się w stanie ostatecznego wycieńczenia. Osiwiał on w tych dniach zupełnie.

„Gazeta Lwowska” z 19 stycznia 1907

Cała Orawa trzęsła się ze śmiechu

13 stycznia 2014

Jak dwa patrole czeskie stoczyły ze sobą walkę?
3 zabitych – 2 ciężko rannych – 1 utopiony.
Cała Orawa trzęsie się od śmiechu.
Nowy Targ, 7. listopada.

W poniedziałek dnia 27 października br. rozegrała się charakterystyczna bitwa nad granicą między Czarnym Dunajcem a Jabłonką. Od dawien dawna ludność polska z Górnej Orawy wybiera się co drugi poniedziałek do Czarnego Dunajca na jarmark. Ponieważ Czesi jednego dnia przywożą na Orawę różne plebiscytowe towary a drugiego dnia je kradną i rekwirują, więc uboga ludność orawska skazana jest na zaopatrywanie się we wszystko na Podhalu. Musi to czynić w wielkiej tajemnicy, aby jej Czesi i tu nabytych towarów, zwłaszcza soli i nafty nie pokradli. Na jarmark 27 października wybierało się także i z innych powodów bardzo wielu Orawców. Zwąchali to Czesi i posłali dwa patrole po kilkunastu najodważniejszych rycerzy dla udaremnienia Orawcom przejścia przez granicę.

Była mgła, Patrole szły dwiema drogami ku polskiej granicy, aż się po jakimś czasie straciły z oczu, wtedy ogarnął ich znany z europejskiej wojny specyalny, tak zwany czeski strach. Zaczęli się szukać. Bohaterom z pierwszego patrolu zamajaczyły nagle jakieś postacie we mgle. Może to Polacy? Jakiś zastępca „dostojnika” kazał padnąć na ziemię i strzelać. Przeciwnicy też runęli na ziemię i otworzyli ogień

Strzelanina trwała od godziny 10 do 11 rano.

Były dwa trupy i 3 ciężko rannych. I cóż się okazało? To oba czeskie patrole ze strachu przed Polakami, strzelały do siebie całą godzinę.

Lecz nie koniec na tem. Poniósłszy straty 2 zabitych i 3 ciężko rannych (jak się rzekło) oba patrole porzuciły broń i zaczęły przed sobą uciekać, krzycząc na cały głos, że Polacy idą na Orawę. Podczas tej ucieczki utopił się jeszcze jeden Czech, ten który całą noc z niedzieli na poniedziałek nie spał z przerażenia, że ma iść ku granicy polskiej.

Cała Orawa trzęsła się ze śmiechu, gdy się dowiedziała o tej bitwie czeskiej. I odrazu powstało przysłowie: „Bieda też to, kie zające idą na polowanie”.

„Gazeta Poranna” z 10 listopada 1919

Kat w Tarnopolu

17 listopada 2011

Do Tarnopola zjechał kat, który jutro, tj. we czwartek rano ma wykonać wyrok śmierci na Salewiczach, którzy otruli własnych rodziców. Pojawienie się kata wywołuje w całym Tarnopolu potężną sensacyę i wrażenie.

„Goniec Polski” z 7 marca 1907


 

Pogłoska o przyjeździe kata.

Z Tarnopola piszą: 

Przed paru dniami doniosły lwowskie dzienniki, że zjeżdża do Tarnopola kat, w celu wykonania egzekucyi na osobach małżonków Salewiczów, którzy dopuścili się morderstwa własnych rodziców. Wiadomość ta poruszyła mieszkańców, bo przyszła równocześnie z wieścią z Wiednia, że trybunał kasacyjny odrzucił zażalenie nieważności, wniesione przez obrońcę Salewiczów. Nadarmo wyglądano kata, publiczność chodziła po ulicach i szukała go poprostu. Z tego powodu nie brakło komicznych epizodów. Pewnego ajenta handlowego, który przybył do Tarnopola, wzięto za kata i poczęto go obserwować i chodzić za nim całemi gromadami. Biedak, nie mogąc sobie dać rady, opuścił zaraz Tarnopol. Przypuszczają, że Salewiczowie nie będą straceni, bo polecono ich łasce monarszej. W więzieniu tutejszem znajduje się obecnie cztery osoby, oczekujące szubienicy. Prócz Salewiczów, mają być straceni (jak donosiliśmy wczoraj rano, przyp. Red.) Michał Jankowicz i Antoni Podgórny, którzy dopuścili się rabunkowego morderstwa w dniu 19. października 1906 roku w Mysłowej, na karczmarzu Rosenbaumie i jego żonie.

„Goniec Polski” z 12 marca 1907

Powieszony przez pomyłkę

23 września 2011

Powieszony przez… pomyłkę.

Warszawa.

W tutejszej cytadeli znajdowało się dwóch politycznych więźniów mianowicie bracia Jan Niewiadomski i Jan Karol Niewiadomski. Pierwszego Jana N. skazano na 3 miesiące więzienia, zaś Jana Karola N. na śmierć. Wczoraj rano wyprowadzono Jana, skazanego na 3 miesiące więzienia na miejsce stracenia. Zapewniał on o swej niewinności, przedstawiając, że został skazany na 3 miesiące więzienia; nic to nie pomogło, powieszono go. W kilka godzin później stwierdzono pomyłkę. Generalny prokurator ułaskawił Jana Karola i skazał go na 8 miesięcy więzienia.

„Goniec Polski” z 3 sierpnia 1907

Minister roznosicielem gazet

23 września 2011

Minister roznosicielem gazet.

Nowy angielski minister poczt i telegrafów, Lee Smith, opowiada o zabawnem zdarzeniu, które mu się przytrafiło, gdy bawił niedawno na urlopie w pewnym zakątku Walji.

Minister wszedłszy do biura pocztowego, aby kupić znaczków pocztowych, zauważył, że jedyna urzędniczka, a zarazem telegrafistka tego biura jest wprost w rozpaczy. Zapytał więc o powód tego zdenerwowania i otrzymał odpowiedź, że nadeszła depesza terminowa, która ma być natychmiast odesłana adresatowi, tymczasem chłopiec biurowy roznosi właśnie listy.

Według zaś przepisów pocztowych nie wolno urzędniczce opuścić pod żadnym pozorem biura pocztowego, ma jednak prawo powierzyć, w braku roznosiciela depesz, depeszę terminową osobie budzącej zaufanie, do odniesienia adresatowi za wynagrodzeniem 3 pensów.

Minister, widząc rozpacz urzędniczki, podjął się odniesienia depeszy.

Panna spojrzała wobec tego uważnie na usłużnego klienta i rzekła:

- Wygląda pan na człowieka, któremu można zaufać. W imię więc Boże powierzam panu depeszę.

Minister nietylko odniósł zaraz wręczony sobie telegram pod wskazanym adresem, ale także przyjął zarobione uczciwie trzy pensy.

Na pytanie jednak, co sobie za te trzy pensy kupił, odpowiada tylko uśmiechem.

„Gazeta Lwowska” z 19 września 1929

Mycie tygrysa

6 lipca 2011

Ciekawy wypadek, a może dotychczas niebywały, wydarzył się niedawno temu w Moskwie. Francuski pogromca zwierząt Pepon, przyjął do służby jakiegoś kozaka, któremu dał znakami, bo kozak po francusku nie rozumiał, zlecenie, aby klatki zwierząt wyczyścił. Tymczasem kozak nie zrozumiał go, i na drugi dzień rano wszedł z naczyniem z wodą, szczotką i mydłem do klatki, w której się mieścił dziki i nieoswojony jeszcze tygrys bengalski. Tygrys spał, obudził się jednak, kiedy do klatki jego wszedł nieproszony gość, spojrzał gniewnie na niego, czem tenże jednak nie pozwolił się zbić z tropu, tylko z wszelkim spokojem począł dziką bestyę myć i szorować. A tygrysowi ta ranna tualeta nadzwyczaj się podobała, bo koziołkował się z jednej strony na drugą i pozwolił się zlewać zimną wodą. Po skończonej pracy wyszedł kozak spokojnie z klatki i zamierzał właśnie do drugiej wchodzić, kiedy przyszedł Pepon i przemocą tylko od kroku nierozważnego go powstrzymał.

„Gazeta Lwowska” z 17 lipca 1898

Komedia z omyłek

11 sierpnia 2009

Komedya z omyłek.

Pewien nowojorczyk cierpiący na obłęd, okazał pewnego dnia skłonność wyskoczenia przez okno podczas śniadania. Rodzina na czas jeszcze zatrzymała go za poły i prosiła go, aby pozostał przy stole i zagrał w pinochte, ulubioną jego grę w karty. Zgodził się na to, ale w porze obiadowej powtórzyła się ta sama historya i znowu zagrano w pinochte. Rodzina podzieliła się na partye i grano tak do rana, ale teraz jednozgodnie wszyscy oświadczyli, że mają już dosyć tego chorego. Chory począł znowu patrzeć znacząco na okno. Zawołano tedy lekarza i Frank, najstarszy syn, wyszedł za chwilę z listem do domu obłąkanych po wóz dla zabrania starego do domu waryatów. Kiedy tam przybył młodzieniec, kazano mu czekać, poczem za chwilę lekarz zakładowy zbadał mu język i puls i oddał w ręce dwóch sążnistych drabów-dozorców. Frank sadził, że idą po wóz, ale dozorcy wepchnęli go do celi, a następnie pod tusz gorący, pomimo protestów z jego strony, że nie jest waryatem. Energiczne protesty miały ten skutek, że wlano we Franka parę kieliszków whisky, aby go uśpić. Tymczasem w domu starego grano dalej w pinochte, a kiedy wysłany syn długo nie wracał, posłano drugiego. I tego spotkał taki sam los, jak pierwszego, ale na szczęście nadszedł stary lekarz i sprawa omyłki się wyjaśniła. W godzinę później wóz zakładowy przywiózł nareszcie prawdziwego waryata na właściwe miejsce.

„Dziennik Poznański” z 2 lutego 1902

Byk

10 sierpnia 2009

ROZMAITOŚCI.

W „Dzienniku Polskim” czytamy bardzo zabawną pomyłkę w któréj kawaler za byka uchodzi.

Hrabia Z. z Galicyi kupiwszy pod Krakowem pięknego buchaja(*) polecił go zaraz do swoich dóbr odesłać o czem go też ze strony sprzedającego zapewniono, a ponieważ różne sprawunki miał do załatwienia w Krakowie, więc napisał taki list do ekonoma:

„Kupiłem młodego byka którego Panu posyłam, Proszę, go dobrze żywić i umieścić go w wygodnem miejscu.”

Równocześnie przyjął tenże hrabia w Krakowie młodego człowieka na buchaltera, który się miał udać niezwłocznie do jego dóbr.

O pisarzu ekonom wiedział, że ma lada dzień przybyć; ale buchaja wcale nie żądał, ani przed odjazdem hrabiego, nie było mowy o tém, więc się go też nie spodziewał.  Czytaj dalej…

Ofiara reklamy

10 sierpnia 2009

Ofiara reklamy.

Król Zulusów Cetewayo podczas pobytu swego w Londynie zamykał się często całymi dniami w swoim pokoju, co otoczenie jego mocno intrygowało. Nareszcie wyjaśniła się tajemnica tego odosobnienia. Nie była to choroba, ani zły humor, ani wreszcie praca umysłowa, wymagająca samotności, ale było to zajęcie się rzeczą niemożliwą do wykonania. Otóż czarny monarcha nie umiał wprawdzie czytać, ale za to miał doskonałe oczy, któremi studyował wszystkie znaki powywieszane po ulicach Londynu, a w które wierzył jak w ewangelię. Jeden z tych znaków, zawieszony nad składem mydła, wyobrażał wspaniałego murzyna, który się jakiemś specyalnem mydłem do połowy już na biało umył. Cetewayo bezwłocznie zakupił pół beczki tego specyfiku i odtąd zajęty był myciem się i przedzierzgnięciem się w Anglika. Całymi dniami więc przesiadywał w wannie i pilnie się nacierał zachwalonem mydłem, do czego wodzowie jego pomocnymi być mu musieli. Tarli go, tarli aż do krwi, aż nareszcie monarcha czarny z wściekłością zmiarkował, że znakom londyńskim wierzyć nie można, poprzysiągł też sobie, że odtąd nigdy nie da się już złapać.

Ileż to u nas takich Cetewayów, co choć szczycą się znajomością czytania a nawet do inteligencyi się liczą, dają się codziennie łapać Prof. Orlice, wiedeńskim bazarom rozdającym wszystko za darmo, Pain Expellerom, Matteim.

Pogoń z 10 grudnia 1882

Roztargniony speaker radiowy

10 sierpnia 2009

Roztargniony speaker radiowy.

Jeżeli nie uziemiony faktycznie, to w każdym razie symbolicznie. Proszę sobie wyobrazić speakera niewielkiej stacji nadawczej w Australii, który późnym wieczorem zapomina zamknąć mikrofon, szeroko ziewa i oświadcza z rozbrajającą szczerością:

- No, Bogu dzięki, uwolniłem się od tych niemiłych bałwanów aż do jutra!

Może gdzie indziej na speakera podano by liczne skargi, a jeszcze gdzie indziej przysłano by mu równie licznych sekundantów. Ale Anglicy mają humor. Więc zarząd radiostacji otrzymał mnóstwo listów gratulujących, stwierdzających, że szczerość speakera wszystkich ubawiła, i że przykro by było radiosłuchaczom, gdyby z tego powodu miał jakiekolwiek przykrości.

„Dziennik Ostrowski” z 21 maja 1939

Następna strona »