Folklor Wielkiej Wojny

Piwo z kukurudzy

26 lipca 2016

Piwo z kukurudzy.

Od pewnego czasu prowadzą się w browarach dolno austryackich próby wyrobu piwa z kukurudzy, wobec braku jęczmienia. W połowie stycznia ma zacząć się warzenie takiego piwa w browarze szwechackim.

„Kuryer Polski” z 27 stycznia 1916

Dwugłowy orzeł

4 października 2014

Dwugłowy orzeł z sympatycznym znaczkiem „c. k.” gnieździ się dotąd na gmachu pocztowym w Tarnowie. Czy nie znajdzie się wreszcie strzelec, który zestrzeli to ponure bydle z państwowej instytucyi polskiej?

„Ilustrowany Kuryer Codzienny” z 14 kwietnia 1919

Nagranie głosu cesarza

6 lutego 2014

Zdjęcie fonograficzne głosu cesarza.

Prezydyum funduszu wojskowego dla wdów i sierót całej siły zbrojnej uprosiło cesarza o pozwolenie dokonania zdjęcia fonograficznego z jego głosu. Zdjęcie odbyło się 14. b. m. w zamku schönbruńskim. Zanim cesarz przemówił we fonograf, zapytał, czy istnieje już także zdjęcie fonograficzne głosu cesarza niemieckiego i dowiedział się z zadowoleniem, że ten sam fundusz wraz z niemieckim funduszem narodowym dla rodzin po poległych wystosował do cesarza niemieckiego taką samą prośbę. Następnie przemówił cesarz wyraźnym i dobitnym głosem w aparat, poczem zaraz porucznik Kronau, który kierował zdjęciem, puścił w ruch aparat do mówienia. Aparat ten oddał głos cesarza bardzo dobrze. Z początkiem stycznia fonograf głosu cesarza będzie już w handlu.

„Kuryer Polski” z 5 stycznia 1916


To nagranie głosu cesarza (z 14 grudnia 1915) zachowało się do naszych czasów i jest dostępne w internecie na stronach Österreichische Mediathek:
http://www.mediathek.at/atom/135BBE12-0AA-0009B-00000B84-135B28B9


 

Banknot jako etykieta

13 stycznia 2014

Korona jako etykieta.

Korespondent jednego z pism wiedeńskich donosi:

Znany browar niemieckiej Szwajcaryi w Olten (pod Zurychem) wyrabia głośne „piwo koronowe” (Kronenbier). Flaszki znaczone były dotąd koroną. Obecnie jednak zamiast tego znaku nalepia się na nich, jako etykietę, autentyczną koronę austryacką. Przedsiębiorstwo wychodzi na tem bardzo dobrze, gdyż dawna złota etykieta kosztuje dziś z powodu ogólnej drożyzny 10 centimów, gdy autentycznych koron można w Szwajcaryi dostać, ile się zechce, po 7 i pół centyma za sztukę.

„Gazeta Poranna” z 8 października 1919

Wojenna moda

6 listopada 2012

Strój kobiecy a moda.

Długotrwała wojna nauczyła nas dotąd wiele, a może i w przyszłości jeszcze więcej nauczy, popchnie do lepszej organizacyi, kooperatywy i wogóle wydatniejszej pracy na polu ekonomicznem. Odzwyczaiła nas też wojna od wielu rozrywek, nawet zdrowiu potrzebnych, od przyjemności picia na śniadanie kawy ze śmietanką, spożywania białych bułeczek, rogalików, smacznego chleba, mięsa z tucznych wołów itp, jednak nie nauczyła dotąd świata kobiecego praktyczności i odporności w stosunku do mody, narzucanej nam przez obcych. Mieliśmy tego dowód z wiosną, gdy moda, kpiąc z drożyzny materyałów, wprowadziła niemal że krynolinowe suknie. Wiadomą jest rzeczą, jak nasze panie zresztą całkiem słusznie biadają na straszną drożyznę wszystkiego, co tylko potrzebne do codziennego życia ludzkiego, jak targują się na Rynku o grosz przy kupnie pietruszki czy jabłka itp., a równocześnie te same panie nie liczą się wprost z groszem, gdy nadejdą żurnale z nową modą. W ilu to szafach mole niszczą wczoraj jeszcze używane, piękne, prawie zupełnie nowe suknie, zastąpione nazajutrz modnymi „workami”, które czynią kobietę niezgrabną i niekształtną. Wiedzą o tem kobiety, niejedna bardzo niezadowolona z modnej sukni, a jednak nie ma siły oprzeć się narzuconej śmiesznej modzie.

Tak samo ma się rzecz ze strojami żałobnymi. I w tym kierunku powinna nastąpić w stroją kobiecym zasadnicza reforma. Ból po stracie najdroższych osób wtedy jest prawdziwym, gdy się go zbytnio nie uzewnętrznia. Nie szata modna i kilkumetrowe czarne krepy, tamujące swobodne ruchy na ulicy, powinny być zewnętrznym wyrazem żałoby, lecz skromna, czarna suknia. Tymczasem dzieje się przeciwnie. Z chwilą, gdy ktoś z rodziny umiera, w iluż to domach myślą przedewszystkiem o gwałtownem użyciu modnych, żałobnych szat. Biegnie się czemprędzej do krawcowej i zamawia „ładną suknię”, potem odwiedza się szereg sklepów i wybiera jak najpiękniejszą i najdłuższą krepę i przegląda się w lustrze, czy „będzie w niej do twarzy”. Taka bezmyślność ubliża pamięci zmarłego.

Doprawdy dziwić się należy, że wśród tylu, bardzo pożytecznych i na wysokim poziomie obywatelskim stojącym organizacyi kobiecych, oddających społeczeństwu naszemu, zwłaszcza w okresie wojennym wielkie usługi, nie powstanie żywiołowa akcya, bardzo energiczna, przeciw marnowaniu tak drogiego grosza na kaprysy mody, urągającej częstokroć estetycznemu poczuciu. – Wszak niejeden mąż czy ojciec rujnuje się wprost, zadłuży „po uszy” dlatego, że „nie wypada” zignorować nowego żurnalu. Cierpi na tem młodsze rodzeństwo i cały dom niejednokrotnie walczyć musi z brakami, częstokroć z niedostatkiem. Na razie nie wiadomo, co najbliższa moda przyniesie, ale już dziś świat kobiecy powinien się szykować do ostrej walki z niepraktyczną i bezmyślną modą.

L.

„Głos Rzeszowski” z 28 października 1917

Sól jako środek przeciwko potom

5 lipca 2012

Sól jako środek przeciwko potom.

W lekarskim tygodniku monachijskim ogłasza lekarz sztabowy, dr. Link, wyniki swych doświadczeń, które osiągnął zadawaniem zwyczajnej soli kuchennej przy nadmiernem wytwarzaniu się potu. Doświadczenia swe rozpoczął u suchotników, jak wiadomo, często trapionych silnymi potami nocnymi. Podawał takim chorym wieczorem 4-5 gramów soli i stwierdzał w wielu przypadkach bardzo znaczne zmniejszenie się potu. Następnie stosował podobne doświadczenie do osób zdrowych. Polecił używać stu żołnierzom jednego batalionu rezerwy, krótko przed wymarszem, po łyżeczce soli kuchennej. Wtedy spostrzeżono wśród drogi, że ludzie ci, nieomal wszyscy, mimo powietrza parnego, mniej się pocili, niż reszta żołnierzy. Sól kuchenna zatem jest bardzo prostym i zapewne nieszkodliwym środkiem ku zmniejszeniu lub zapobieżeniu potom.

„Gazeta Lwowska” z 18 czerwca 1918

Chłopi rusińscy a dwory

23 września 2011

Chłopi rusińscy a dwory.

„Lwowska Gazeta Narodowa” w artykule p.n. „Bolesna sprawa” pisze:

Kraj nasz padł ofiarą wojny. Na zachodzie przelewała się niszcząca lawina tam i z powrotem kilkakrotnie. Tymczasem na wschodzie, gdzie na ogromnej połaci kraju przeszła zawierucha w jednym tylko kierunku, gdzie zdawałoby się, ostać się powinien był dorobek pracy i kultury wielu stuleci, widzimy również podobne obrazy. Ktokolwiek zdoła przedostać się ze wschodnich powiatów, każdy ma na ustach tę samą straszliwą, goryczy pełną opowieść o smutnych dziejach dni ostatnich. Wszędzie obraz jest mniej więcej ten sam. Wsie pozostały, długie sznury chałup podolskich stoją jak stały. W oborach tam nieraz i stajniach pusto, w stodołach także, ale ostoje życia wiejskiego, chata, chłop, rodzina pozostały. Młoda ludność męska przerzedzona, ale i nic więcej. Za to w komorach i w świetlicach znajdziesz rzeczy, jakich nigdy przedtem tam nie bywało.

A dwory? Gdzie brak właściciela, tam wszędzie rozpostarła się ruina. Rodzi się pytanie, czemu się to stało, że w okolicach, gdzie huku dział nawet nie słyszano, że i tam także dosięgła pożoga wojny. Z relacyi przybyłych jest jedna i ta sama odpowiedź: nie wojny to pożoga, ale całkiem co innego. Bo niemal wszędzie, gdzie pana nie stało, ruszała sąsiednia wieś. Padało wówczas ofiarą wszystko: nie tylko zawartość obór, stodół i śpichlerzy, pochłonięta raczej stosunkami ogólnemi. Ale palono gorzelnie, ale znęcano się nad maszynami rolniczemi, ale gromadzone z pokolenia na pokolenie dzieła sztuki, zbiory książkowe, sięgające kilku stuleci wstecz, zbiory rękopisów, dzieje rodów, dzieje wsi, wszystko poszło z dymem, albo rozniesione, albo w strzępach wśród gruzów budynków obrócone w kupy śmiecia. Dwory, z których niejeden widział czambuły tatarskie, niejeden podjazd zaporoski, niejeden janczarską nawałę, obrócone zostały w perzynę przez odwiecznych, tuż przy nich a często i z nich żyjących sąsiadów.

Przez długie lata umiejętnie podsycano i hodowano te uczucia w ludzie. I oto trzeba było jednej chwili, gdy zabrakło na posterunku gminnym żandarma, gdy znikła obawa przed odpowiedzialnością „za kratkami”, aby długoletnia działalność „Siczy” bujny dała plon.

Słowa, które piszemy, są przykre i bolesne. Do ludu zbałamuconego, sprowadzonego na manowce, w odróżnieniu od jego wychowawców, do ludu tego, tak nam bliskiego, wspólną z nami dolę i niedolę przez tyle wieków dzielącego, serdeczne zawsze czuliśmy uczucia. Tem boleśniej odczuliśmy straszliwe dzieje ostatnich czasów na wsi wschodnio-galicyjskiej. A przecież żyć będziemy koło siebie i z sobą w przyszłości.

„Dziennik Poznański” z 9 czerwca 1915.

Nieudała ucieczka jeńca angielskiego

5 lipca 2011

Nieudała ucieczka jeńca angielskiego.

Dzien. Berl. donosi: Przed izbą karną III. sądu ziemiańskiego stawała tłumaczka angielska Tuhrmannowa, oskarżona o rozmyślne udzielenie jeńcowi pomocy przy ucieczce. Mimo że była mężatką zakochała się w jeńcu Angliku, z którym się jako tłumaczka obozowa w Doeberitz spotykała. Postanowiono uciec do Ameryki i tam się pobrać! W tym celu dała T. jakiemuś ajentowi 2 tys. mk., za które miał zakochaną parę przemycić w Hamburgu na okręt płynący do Ameryki. Gdy przybyli do portu ajenta nie znaleźli – uciekł z pieniędzmi nie spełniwszy zobowiązania. Naturalnie ucieczka się nie udała a w sprawę wmieszały się władze.

Izba karna skazała T. na rok więzienia, jaka kara spotkała jeńca, o tem nie donoszą.

„Gazeta Lwowska” z 27 lipca 1918

Rzeszowscy chuligani z 1918 r.

5 lipca 2011

Straszną plagą są niedorostki, którzy pędzą żywot przed dworcami, wyczekując na sposobność odniesienia pakunku. Są to szumowiny, wyrzucone na bruk, ostatniego gatunku. Na Podzamczu naliczyliśmy wczoraj 38 takich chłopców w wieku 12-16 lat, którzy uprzyjemniają sobie czas na przyjście pociągu nazwiskami z najordynarniejszej gwary tak, że nawet jakieś uczciwe słowo z ust ich nie wychodzi. Że to kandydaci na złodziei i innych lokatorów kryminału, nie trudno odgadnąć; już dziś niejeden z nich musi być obeznany z życiem, bo cynizm i wyrafinowanie przebija się u niego przez niemytą twarz jak u recydywisty, który nie nie mą do stracenia. Na dworcu głównym ta falanga jest jeszcze liczniejsza i jeszcze bardziej wyuzdana, a potęguje jej istnienie jakaś bierność władz bezpieczeństwa, która nie umie poskromić wyuzdania tych niedorostków, patrzy przez palce na ich często nieprzyzwoite zachowanie się i na bezczelność, z jaką żądają wysokich kwot za drobne przysługi. Poskromić tych kandydatów na włamywaczy trzeba koniecznie, jeśli bezkarność nie ma wychować ich na domorosłą plagę mieszkańców.

„Głos Rzeszowski” z 18 sierpnia 1918


Wielką plagą są niedorostki, które pędzą żywot przed dworcami wyczekując na sposobność odniesienia pakunku. Na dworcu jest kilkudziesięciu takich chłopaków, którzy jeśli ktoś nimi nie zaopiekuje się, łatwo stać się mogą kandydatami na lokatorów kryminału. Zachowanie się ich jest często bardzo nieprzyzwoite, pełne cynizmu, a za drobne przysługi żądają bezczelnie wysokich kwot, Niektórzy z nich są już rafinowanymi kieszonkowcami okradającymi podróżnych w zręczny sposób. Wobec braku fijakrów i drożyzny tychże, pewna liczba jest ich potrzebna, dla bezpieczeństwa publicznego, jednak należałoby ich zorganizować i jak posługaczy kolejowych opatrzyć numerami.

„Głos Rzeszowski” z 15 września 1918

Zamość się… „polonizuje”!

12 maja 2011

Zamość się… „polonizuje”! Taką sensacyjną wiadomość znajdujemy w „Ukraińskiem Słowie”. Dotąd ośmielaliśmy się przypuszczać, że Zamość był wogóle od wieków polski. Sądziliśmy także, że w tym prastarym grodzie kwitnęła bujnie cywilizacya polska, że historya Zamościa opromieniona jest wspaniałą działalnością Jana Zamojskiego i akademii Zamojskiej, że wreszcie twierdza Zamość ma świetne karty w dziejach wojny polskiej! Niestety to wszystko były tylko – „polskie brechnie”, jak to najoczywiściej wynikać się zdaje z korespondencyi zamieszczonej w światłym organie ukraińskim. Zamość był bowiem dotąd ukraińskim w każdym calu, a teraz dopiero „spolszczył sia wse!” Znikają dawne napisy na chatach i drogach, w szkole i gminie słychać język polski, na gruntach opuszczonych (!) przez Ukraińców panoszy się ludność polska. Statystyka ostania wypadła fatalnie. Słowem kolonizacya (!) polska wre w całej pełni, a rząd austr. ją wspomaga. Chwalebny jest ten dobry humor organu ukr., mimo tak ciężkich czasów.

„Dziennik Poznański” z 20 listopada 1917.

Następna strona »