Archiwum miesięcy: Wrzesień 2008

Psy w kościele (Tarnów).

29 września 2008

Psy w kościele.
Nikt nie zaprzeczy, że one tam wcale nie są potrzebne, a przecież jak one tam często bywają! W zeszłą niedzielę w katedrze w czasie sumy, kiedy było kazanie, pies zaczął szczekać i przeszkadzał tak kaznodziei jak i słuchaczom. Było już i tak, że kiedy ksiądz zaczął mszę, młody psiak z głupoty przyskoczył do ołtarza i począł księdza szarpać za albę; a nawet nie do uwierzenia a przecież prawdą, w naszej katedrze, w święto Wniebowzięcia NMP., kiedy kaznodzieja zeszedł z ambony, wielkie psisko czarne niepostrzeżenie podążyło po tych samych stopniach, i wskoczywszy na samą krawędź straciło równowagę i spadło na dół ku wielkiemu przerażeniu kobiet w ławkach siedzących. Czy to być powinno?… a któż temu winien?… naprzód właściciele lub też lubownicy tych zwierząt, że im za sobą wszędzie biegać a nawet wchodzić dozwalają. Jeżeli zaś ogrody i inne miejsca publiczne mają to zastrzeżone, żeby tam tych nieproszonych gości nie wpuszczać, tembardziej miejsce święte, miejsce modlitwy powinno być od nich zabezpieczone.

„Pogoń” 26 listopada 1882

Uczciwość kobiet i mężczyzn

22 września 2008

Uczciwość kobiet i mężczyzn.

Pewien obywatel Nowego Jorku zapragnął wypróbować uczciwość swych współrodaków i współrodaczek. Obmyślił sposób następujący: kupił 6 portmonetek, do każdej włożył sporą sumkę i bilet wizytowy ze swym adresem, rozrzucił je po ulicach, sklepach, ogrodach i – czekał. Po upływie doby zwrócono mu 5 portmonetek – znalazcami byty kobiety. Szósta portmonetka nie pojawiła się wcale; wedle wszelkich poszlak, znalazł ją – mężczyzna.

„Dziennik Kujawski” 13 lipca 1895

Wielka wojna – 10 anegdot z lat 1914-18

22 września 2008

Wlazł kotek…

Wlazł kotek na płotek
I mruga,
Lecz jego pociecha
Niedługa.
Gdy brakło im piwa
I knedli,
Złapali koteczka
I zjedli.

„Szczutek” 15 kwietnia 1918 



Naczelny wódz armii austriackiej Fryderyk wieszatiel zwiedzał w zimie 1914 front nad „Nidą”. Między innemi pokazano mu telefon polowy i objaśniono, że można rozmawiać z najbardziej naprzód wysuniętymi placówkami.

Fryderyk woła do aparatu: „Tutaj arcyksiążę Fryderyk”.
Odpowiedź telefonisty, któremu płatano figle często: „Tutaj cesarz chiński, ty durniu!”

„Szczutek” 6 września 1919 


Po wzięciu Lwowa w roku 1915 przybył Wilhelm Kaiser do Galicyi, aby podziękować dowódcom i wojskom za trudy i zwycięstwo. Wśród obecnych jenerałów nie brakowało i Fryderyka wieszatiela. Przeszedłszy przed frontem kompanii honorowej zwrócił się Wilhelm do jeneralicyi i począł jej dziękować, a więc Mackensenowi za znakomite opracowanie planu operacyjnego, Ermollemu za prowadzenie wojsk, wreszcie zwrócił się do Fryderyka stojącego na boku i rzekł: „A tobie za świeże masło, które przysłałeś mi wczoraj do mej głównej kwatery…”

„Szczutek” 27 lipca 1919     Czytaj dalej…

Kobiety a jeńcy wojenni

22 września 2008

Niemki i jeńcy francuscy.

Sztutgart, 17 sierpnia. (T. B. W.) Podczas przyjazdu pierwszych jeńców francuskich na głównym dworcu rozegrały się sceny, które wywołały największe oburzenie. Część publiczności, zwłaszcza panie cisnęły się przez tłum ku jeńcom, aby im wręczyć podarki i kwiaty. Komendantura generalna obwieszcza, że jeżeli wypadek podobny powtórzy się, zostaną osoby, zachowujące się niegodnie, aresztowane przez organa bezpieczeństwa.

„Dziennik Poznański” 18 sierpnia 1914



Nie wolno zbliżać się do jeńców.

Wydano nakaz, aby przed przybyciem pociągów z jeńcami zamykano dla publiczności perony, względnie te części peronów, przed którymi stanąć mają wagony z jeńcami. Osobom prywatnym nie wolno zbliżać się do jeńców. Również służbie kolejowej po za czynnością urzędową nie wolno komunikować się z jeńcami, nie wolno im podawać żywności.   Czytaj dalej…

Nie karmić zwierząt!

22 września 2008

Przestroga dla właścicieli psów i kotów.

Sąd ziemiański w Lipsku zasądził pewną właścicielkę dóbr oraz jej służącą z pod Lipska za to, że dwom psom i siedmiu kotom dawały prawie przez cały rok codziennie chleba, co według rozporządzenia rady związkowej jest zakazane. Założoną przeciwko wyrokowi temu rewizyę sąd Rzeszy odrzucił jako nieuzasadnioną.

„Dziennik Poznański” 14 lutego 1917



Mleko dla kota.

Handlarka Teresa Koch w Akwizgranie prosiła kilkakrotnie rozwożącego mleko Henryka Kleina o mleko dla swych kotów. Klein oddał jej na ten cel kilka razy po pół litra mleka. Sąd ławniczy skazał za to Kleina na 25 marek. Właścicielka kotów skazaną została na 75 marek i zapłacenie kosztów procesu.

„Dziennik Poznański” 24 lutego 1917

Jak jadano w Warszawie w 1917 roku

22 września 2008

Jak się dziś je?
Konieczne uproszczenia. Menu restauracyjne i jego perturbacye. Kuchnie dla inteligencyi.

Czy są jeszcze ludzie, którzy żyją, aby jeść? Zapewnie. Ale ich liczba zredukowana została do małej garści bogaczy. A nawet niektórzy z nich przejadają swoją fortunę i jutro, pojutrze znajdą się na tym samym padole, na którym masy stale „nie dojadają”. Warszawska kuchnia, niedawno słynna, bardzo się uprościła. Słynne flaki naprzykład stały się prawdziwemi – flakami. Straciły swoją zawiesistość i soczystość. Wywiad pierwszy lepszy z restauratorem powie nam genezę tych strat! brak łoju unicestwił pulpety, brak mąki przeszkadza „zaprawie”, brak pieprzu pozbawia flaki podniecającej apetyt korzenności. Restaurator jest wytłomaczony, a nawet usprawiedliwiony. Byłby nawet „białym jak śnieg”, gdyby w swoim menu pisał: „Flaki wojenne”. Powiedziałem to jednemu z nich. Odrzekł: „Po co ten przymiotnik specyalnie przy flakach. Przecież całe menu jest wojenne”.

O ile chodzi nie o lud roboczy miejski, ale o nasze sfery zamożniejsze, to niejeden hygienista powie wam, że „dziś jest lepiej”. W istocie, grzeszyliśmy grzechami głównemi: łakomstwa, obżarstwa i pijaństwa. Za wiele się jadło, za dobrze, za tłusto, za korzennie… Nasza kuchnia była zbyt skomplikowana i zbyt obfita aby mogła być zdrową. To ją stawiało daleko po za kuchnią francuską, która górowała nad nią lekkością i strawnością. Ale cóż, nasze hodowle stały ciągle na poziomie niskim, nasze artykuły pierwsze były złego gatunku, dostawaliśmy mięso ze starych zwierząt i jarzyny ze zdziczałych nasion. Kucharka musiała to wszystko korygować nadmiarem masła, śmietany i przyprawy. Resztę robił polski żołądek byle tylko. Dziś śmietana kosztuje dziesięć złotych, masło dwadzieścia, a o mięso ze zwierząt zwykle zbyt młodych trzeba się starać w jatce, niby o piękną pannę. Zaprasza mnie czasem przyjaciel na obiad. Dawniej stawiał dwa gatunki wódeczności i z pięć talerzyków przekąsek, zupę śmietanową, rybę, albo jakieś pierożki czy kołduny, pięknego ptaka domowego albo dzikiego i desery, oblane to piwem i winem, a pokropione na końcu kawą i likierem. I nie była to wcale uczta. Tej niedzieli dał mi barszczyk, co prawda, z pasztecikami, i pieczeń cielęcą, co prawda, z „kartoflanem piurem”, uświęcone wszystko kieliszkiem „petit bourgogne”. I wiosna zrobiła mi się dubeltowa.

Jadam obecnie „na świecie”. To znaczy – co tydzień w innej jakiejś restauracyi, ciągle w poszukiwaniu „możliwej”. W najlepszych, które przystrajają się tytułami kuchni „zdrowia”, albo „hygienicznej”, dostaje się za 2 marki 16 fen. (kurs urzędowy rubla) talerz barszczu bez kartofli, kawałek cielęciny z dwiema jarzynami i parę plasterków jabłka gotowanego w sacharynie. Wszystko to byłoby jeszcze zacne, gdyby we wspaniałomyślniejszych podawane porcyach. Aby zadowolić średni apetyt, potrzeba trzech podobnych obiadów.

Prawdziwy warszawiak, skazany na restauracyjne życie, o ile jest w minimalnym stopniu „spryciarzem”, jada zawsze „w nowootworzonych zakładach”. Wie on, że na początku jest bardzo dobrze i póki jest dobrze, pozostaje wiernym; gdy go zdradzą i on zdradza. Przez dwa tygodnie chodziłem do Alhambry, bo tam dawano za pół rubla osiemnaście znakomitych pierogów; pewnego dnia podano mi dziewięć pierogów na talerzu i policzono mi za to rubla. Wiedziałem, iż tak będzie lada dzień. Na szczęście otwarto właśnie nowy bar na Niecałej.

Jeść pierogi w restauracyi! Tak dawniej unikało się tu wszelkiej siekaniny, jako podejrzanej; posądzono ją, iż pochodzi z niedojedzonych przez gości resztek. Dziś niema niedojadających gości. Talerze wracają do kuchni gruntownie omiecione.

Restauracyi jest mało i źle prosperują; gdy restaurator usiłuje dogodzić gościom, bankrutuje; w przeciwnym razie, goście go opuszczają i znowu banrutuje. Natomiast prosperują „tanie kuchnie dla inteligencyi”, utrzymywane przez miasto. Jest ich kilka i wielce są dobroczynne. Magistrat do nich nie dokłada. Opłacają się same, korzystając jedynie z cen, po jakich dostaje towar sekcya żywnościowa. Za pół marki można mieć tam zawsze talerz bigosu, a często kawałek kiszki (krew z kaszą); szklanka osłodzonej kawy kosztuje 25 fen., kawałek chleba posmarowany powidłami albo twarogiem od 35 do 65 fen., stosownie do tego, czy chleb jest kartkowy czy luźny i czy biały czy razowy. Jest jeszcze barszcz, herbata i mleko. Za markę ma się obiad, np.” barszcz, bigos, herbata i chleb, albo chleb, kiszka i kawa. I chleb nie suchy. Bardzo dobrze to pomyślane, zgrabnie zorganizowane, oddaje usługi – i nie jest filantropią. Taka kuchnia znajduje się obok Filharmonii.

W mieszkaniu państwa Grossmanów na Mazowieckiej ulicy, oddanem dla karmienia głodnej inteligencyi jest kuchnia o menu codzień odświeżanem. I ona podlega perturbacyom, ponieważ opiekunki jej się zmieniają, a nie wszystkie jednakowo sprawę dobrą do serca biorą. Zawsze jednak za markę można mieć zupę i dwie obfite jarzyny, czasem okraszone kawałkiem mięsa. Chleb tylko za kartką i tylko jeden kawałek. Wiele osób przynosi chleb do tych restauracyi inteligenckich ze sobą, w kieszeni, w papierku. Rozmowy się tu toczą głównie, bodaj wyłącznie o jedzeniu. Konstatują one nieraz, do jakiego stopnia „nie opłaci się dziś gotować w domu”, nawet wtedy, gdy ma się gaz pod ręką. I konkludują zwykle, że dla głodnej inteligencyi podobne kuchnie magistrackie są jeszcze najlepszem rozwiązaniem kwestyi żołądka.

„Kuryer Polski”.

„Dziennik Poznański” 12 czerwca 1917

Masowe fotografowanie

22 września 2008

Z dziedziny fotografii.

Jedno z najosobliwszych zadań, obarczających władze niemieckie w zajętych ziemiach, polega na wystawianiu wszystkim mieszkańcom kraju paszportów; dzieje się to tak z militarnych jak i z gospodarczych względów. Jak wielkie i uciążliwe jest to zadanie wykazuje książka p. t. „Das Land Ober-Ost”.

Najbardziej zajmujący jest rozdział o paszportach. Mowa tam o sporządzeniu i wystawieniu 3 milionów paszportów. W 13 okręgach rozdzielonych po całem zdobytem terytoryum zajęto 14 oficerów i 600 żołnierzy, zawodowych fotografów, tłumaczy oraz pisarzy; pracują oni w oddziałach, składających się z 10 do 12 ludzi, z których każdy posiada swój własny zakres pracy. Obraz, ukazujący się tam naszym oczom, jest prawie zawsze taki sam. Po uwiadomieniu poprzedniem przez żandarma polowego mieszkańcy wsi stawiają się w dniu oznaczonym do zdjęć paszportowych. Siedzą więc na ławkach ściśnieni, kobiety i mężczyźni w odświętnem ubraniu, starzy i młodzi, należący do różnych narodowości. Fotografowanie jest dla nich nowością, coś zupełnie nieznanego i dla wielu oznacza rodzaj święta. Dobywa się najlepszą odzież, w ostatniej chwili nieraz jeszcze zapożyczoną. Mężczyźni najczęściej w szarych lub ciemnych ubraniach, a spodnie wsunięte w długie, tęgie buty. Każdemu i każdej przypięto numer, który fotografuje się razem. Pięć osób, siedzących na uboczu oddzielnie od innych podnosi się, idzie za podoficerem na podwórze, gdzie fotograf czeka już na „ofiary”. Kobiety otrzepują jeszcze raz fałdy sukien, zdejmują barwne chusty z głowy, gładzą pospiesznie ręką włosy, wreszcie pełne oczekiwania zasiadają na ławie o pięciu oddzielnych siedzeniach, po nad któremi napisano kredą różne cyfry. Wszyscy patrzą na aparat. Lekki trzask i zdjęcie dokonane.

Lecz już pięciu następnych stanęło, gotowych do tej samej operacyi. Fotografuje się wszystkie osoby od 10 roku począwszy. W innym pokoju odbierają urzędnicy dane do wypełnienia kart paszportowych. Na każdą z owych pięciu osób spada wielka ilość zapytań w języku zapytanego. „Nazwisko? Imię? Wyznanie? Miejsce urodzenia i data? Obecne miejsce zamieszkania? Liczba dzieci?” Na pytanie to odpowiada się zwykle wielce wstydliwie. Po zdaniu tego egzaminu delikwent otrzymuje wypełnioną kartę paszportową i udaje się do miary, którą to czynność mierzenia żołnierz uskutecznia. Następnie należy zwrócić się do pisarza paszportów, siedzącego razem ze starostą przy stoliku opodal. Ci sprawdzają tożsamość danego osobnika zapomocą własnoręcznego podpisu tegoż. Na tem jest ostatnia czynność załatwiona. Powaga chwili minęła. Z uciechą udaje się ludność na ulicę. Gdy urzędnicy pracują pilnie przy zapisywaniu nie mniej czynni są fotografi, wywołując z powodu taniości negatywy na papierze, zamiast na płycie szklanej. I tak powstaje fotografia, wąski obrazek z numerem po nad głową danej osoby, zgadzającym się z numerem paszportu. Fotografię wkleja się do paszportu, który otrzymuje podwójny stempel. Po jeszcze jednem porównaniu paszportów, oddaje się je do urzędu powiatowego, zaczem dostają się dopiero do rąk właściciela.

Za każdy paszport płaci się 1 markę. W razie zgubienia należy zapłacić za nowy 10 marek, gdyż tylko za pomocą tak wysokiej ceny ludność zrozumiała ważność starannego przechowywania dokumentu.

Do tego czasu uczyniono 1 800 000 zdjęć fotograficznych i tyleż wystawiono paszportów. Wypisano około 12 000 piór stalowych i 177 litrów atramentu, zużyto milion papierów do negatywów i pozytywów a chemikalii fotograficznych zapotrzebowano więcej niż w największym atelier fotograficznym na świecie.

„Dziennik Poznański” 9 listopada 1917

Fatamorgana?

22 września 2008

W Królestwie Polskiem we wsi Golesze w powiecie Piotrkowskiem o 4 wiorsty od Wolborza pisze Ksiądz Justyn Gryglewski, że ludzie w Goleszach potruchleli wszyscy, spostrzegłszy na swych polach pod lasem bitwę dwóch wojsk. I widzieli oddziały piechoty, konnicy i w różnych zygzakach, i daleko sięgającą linię bojową, i widzieli wyraźnie jak się wyróżniały chorągiewki, i czapki ułańskie, nawet i kształty mundurów, choć nie ich kolor, a twarze nie były wyraźne, i cały ten obraz był zamglony. Były i takie chwile, że bitwa wyraźnie się odbywała, widzieli bowiem, jak się jeźdźcy z koni zwalali, lub piechoty padali, i jak konie luźne latały którym śnieg z pod kopyt pryskał. Ludność całéj wsi przerażona. Dwóch ludzi ośmieliło się i poszli w te tłómy(*) a ci ze wsi widzieli ich jak się ci pomiędzy tym zjawiscem czyli wojskiem przedzierali, ale oni sami nie widzieli, a powróciwszy znów do swoich widzieli to samo co poprzednio. Trwało to wszystko aż do ostatniego promienia zachodzącego słońca. Wmiarę jak się słońce chowało, wojska się te wzniosły, i głowy ich po nad lasem górowały, aż w końcu wszystko znikło w powietrzu. „Zwiastun” będzie się bliżéj dowiadywał o tem zjawisku a gdy się szczegułowo(*) dowie, i bierze dowody lepsze i obszerniejsze, nie omieszka swych czytelników zawiadomić.

Zwiastun Górnoszlązki” 23 luty 1871

(*) Tak w oryginale

Pasażerowie pchali pociąg

22 września 2008

Pasażerowie pchali pociąg

Warszawa (Tel. wł.) Podróżnych jadących z Pińska przez Brześć do Warszawy spotkała w nocy pod Kobryniem niemiła przygoda.

Stanęli w polu z powodu zepsucia się parowozu. Próby naprawienia zawiodły. Sygnały i alarmy skierowane do Kobrynia przez służbę pociągu nie odniosły skutku. Po beznadziejnych wyczekiwaniach kierownictwo pociągu zaapelowało do podróżnych, aby w interesie własnego bezpieczeństwa zgodzili się przepchać pociąg do Kobrynia.

Okazało się, że jest to możliwe i po upływie dwóch godzin pociąg znalazł się w Kobryniu dzięki podróżnym. Wtedy przyczepiono zapasowy parowóz i pociąg dotarł szczęśliwie do Warszawy.

(w)

„Dziennik Ostrowski” 20 stycznia 1938

Pierwsze rozmowy zagraniczne

22 września 2008

Telefon między Londynem a Paryżem:

Na linii tej, istniejącej od roku niespełna, wciąż ruch panuje ogromny, do czego w znacznym stopniu przyczynia się taniość rozmowy, gdyż za 10 franków przesłać można 400 do 500 wyrazów, tymczasem telegraficznie tylko 48. Znaczenie telefonu podniosło się jeszcze bardziej, gdy wzorem telegrafu udało się utrwalać zasłyszaną rozmowę za pomocą stenografii. Linia powyższa przenosi dźwięki bardzo wyraźnie, szczególniej w porze nocnej podczas ciszy, pogody, przy powietrzu nienasyconem elektrycznością, a więc gdy szmer, jaki zazwyczaj daje się pochwycić na liniach telefonicznych, prawie ustaje. Koniecznym jednak warunkiem dobrego notowania jest, żeby telefonujący umiał wyraźnie dyktować, a stenograf dobrze przykładał telefon do ucha. Ciekawą jest rzeczą, że język angielski okazał się znacznie gorszym środkiem porozumienia w danym razie od francuzkiego, tak, że w tym samym czasie, co 150 francuzkich, udaje się na połączonej drodze telefoniczno-stenograficznej utrwalić tylko 90 wyrazów angielskich. Coś podobnego zachodzi między głosem kobiecym a męzkim, z których pierwszy okazał się dogodniejszym dla komunikacyi telefonicznej.

„Dziennik Kujawski” 23 luty 1894


Berlin i Wiedeń połączone są teraz telefonem. Zeszłej soboty telefon został oddany do publicznego użytku, a pierwsi, którzy się ze sobą za pomocą niego porozumiewali, byli cesarze niemiecki i austryacki.

„Dziennik Kujawski” 7 grudnia 1894

Następna strona »