Wpisy otagowane jako 1873

Austriackie guldeny

27 grudnia 2013

Austrjackie guldeny srebrne są w nowem cesarstwie niemieckiem jeszcze ciągle przyczyną rozmaitych trudności w handlu i obrotach pieniężnych, a bez rozsądnego powodu.

Pieniądz ten, bity w myśl konwencji monetarnej z 24 stycznia 1857, zawartej między ówczesnym związkiem celnym a Austrją. W konwencji tej postanowiono, aby bić z funta czystego srebra 30 talarów, albo 45 złr. austrjackich. Z tego wypływa, że co do wartości srebra ma złoty reński austrjacki dokładnie i rzetelnie wartość 2/3 talara, czyli 20 sgr. W tej wartości przy spłacie kontrybucji 1860 r. przyjmował rząd pruski złote austrjackie i po tej cenie wydawał je w własnym kraju. Twierdzić, że złoty austrjacki w srebrze nie ma wartości 2/3 talara, jest to zarzucać rządowi austrjackiemu fałszerstwo monety, a w gruncie rzeczy prawić nieprawdę. Rząd saski teraz właśnie jeszcze kazał probierzom w mennicy dochodzić wartości austrjackich reńskówek i moneta okazała się rzetelną. Rząd francuski skupuje więc austrjackie reńskówki, przetapia je i przekuwa na swoje 5-frankówki, aby resztę haraczu spłacić Niemcom, a tak Niemcy to samo srebro dostają z powrotem, tylko w podwójnych sztukach, bo 5-franków to dokładnie 2 złote reńskie austrjackie. Szkoda tedy roboty! Nadto, kiedy Austrja reńskówki bije w pełnej wartości. Wiadomo bowiem, że z funta czystego srebra będą bili w Niemczech 100 marek, lubo funt srebra daje rzeczywiście tylko 90 marek; zaczem austrjacki złoty reński ma 2 sgr. więcej niż przyszła moneta niemiecka równej ilości.

Wobec tego wszystkiego trudno się domyśleć racjonalnych powodów, dla czego tak rząd pruski postępuje. Bo w pierwszym rzędzie cierpią przez to właśni poddani Prus, gdyż na ich koszt wykonuje się zniżenie ceny austrjackich reńskówek. Mniemają, że rząd pruski usiłuje przez wywołanie austrjackiego srebra sprowadzić austrjackie złoto do swego kraju; ależ mennice niemieckie wykazują, że mają dość złota. Największa niekorzyść z tego, że się utrudniają stosunki handlowe przez postępek rządu pruskiego. Kredytu Austrji ten fortel pruski przecie nie zdoła podkopać.

„Dziennik Polski” z 3 października 1873

Oświetlenie figury

29 września 2013

Jakieś pobożne duszyczki zrobiły „luft” swoim przepełnionym uczuciom, oświetlając „figurę” ś. Michała na Wałach Hetmańskich w wilję jego uroczystości. Kopciło się tam na piedestalu u stóp figury kilka lamp łojowych a skutek jest taki, że całe „dolne plecy” naszego patrona poczerniały.

„Dziennik Polski” z 1 października 1873

Patriotyczne wybijanie okien

6 listopada 2012

Złoczów, 3. grudnia.

Wczoraj o godzinie 9. wieczór zdarzył się następujący wypadek w Złoczowie. Mieszkając w dość ustronnej uliczce, sama jedna, wdowa (nie po urzędniku) nie uznałam potrzeby oświetlenia moich okien, zwłaszcza, że i sąsiednie okna tejże uliczki nie były oświetlone; jednak jakiś gorliwy patrjota, oburzony tym mojem niepatrjotycznem postąpieniem, ugodził tak potężnym kamieniem w moje okno, po dwakroć, że nietylko wybił dwie szyby, potłukł dość kosztowne rzeczy, będące na stoliku przy temże oknie, ale omal mnie samej nie ukamienował.

Teodozja z Niedźwiedzkich Cholewina.

„Dziennik Polski” z 5 grudnia 1873

Język polski w sądach pruskich

6 listopada 2012

Język polski w sądach pruskich.

Sędzia. No jo! wi jesteszta erby, pomarłego Jakob Kodritzky w Bruchu, a po grusku jego jest jeszcze sztama na jego gruntu zerbrecesu z r. 1798 z piątego dwudziestego apryla; procenty i ta sztama już to obże mają bić płacone, to brakuje z te kszączka hypoteczny wigaszyć. No, czy wy przynieśli waszego najstarszy brat tudyszajny i tofszajny?

Strona. Przeproszę wielmożnego landrychta, mój półbrat nie czuje (słyszy), leydował na głowę, to ja bede za niego godał.

Sędzia. No jo, cóż djabła, ty głupy, ty upity szwintuch, breda jaki, ja tobie nie fraguje, a cy ti erba, a ili sia (wiele, siła) ty od to majesz erbuszku, pies mam więce rozum, ty jak bydo (bydło). Bendziesz znów fordrowany itp.

„Dziennik Polski” z 6 sierpnia 1873

Ciemnota wśród ludu

9 lutego 2012

Jak potworna fantazmagorja - pisze urzędowa Gazeta Lwowska - wyda się czytelnikom opis zdarzenia, które poniżej podajemy. Sceny to prawdziwie, jakby wyjęte z fantastycznych powieści Hoffmanna lub ze straszliwych kompozycyj Callota i Breughela. A przecież działo się to wszystko między nami, w Galicji, wśród naszego ludu, który niestety na dnie swej duszy gdzieś w głębi ciemnej swej imaginacji kryje przesądną wiarę w najpotworniejsze cuda i czary…

Donieśliśmy już dawniej pokrótce o odkopaniu w Tuchli i Sławsku, w starostwie Stryjskiem, trupów na cmentarzu. Żandarmi dowiedzieli się o tem i dali znać starostwu. Zarządzono zaraz dochodzenie i oto jak się miała rzecz cała: W Tuchli i Sławsku pojawiła się cholera, a występując ze straszliwą gwałtownością, porwała wiele ofiar. Zamiast korzystać z pomocy lekarskiej, która im ile możności przez władze zapewniona została, wieśniacy używali najrozmaitszych środków domowych, które oczywiście jeśli nie szkodziły, nic nie pomagały. Uradzono w końcu, że cholera grasuje z powoda ludzi chodzących po śmierci, czyli upiorów i wilkolaków. Oleksa Ilków z Libuchowy i Stefan Burak z Jelenkowatego zapewniali lud, że tak jest a nie inaczej, i że mają sposób na poskromienie tak okrutnych upiorów. Obaj udali się o północy z d. 10. na 11. lipca br. na cmentarz i odgrzebali grób zmarłego niedawno przedtem wójta, Mikołaja Macewki, który uchodził po swej śmierci za wilkołaka, który spoczynek swój nocami opuszcza, po wsi się błąka, chaty nawiedza i straszliwą zapowiedź moru między lud boży roznosi…

Z siekierami i z zapasem klinów osikowych, tego walnego środka na upiory, wybrali się sprawcy na tę okropną wyprawę. Oleksa poćwiertował trupa w trumnie i poprzebijał członki osikowemi kołkami. Potem wydusił krew gęstą i skrzepłą ze zwłok porąbanych do naczynia. Ta krew, to miało być lekarstwo niezawodne na cholerę… Jeden z towarzyszy, Jakim Bereżyniec, wziął krew z sobą, aby ją ludziom rozdawać. Michał Macewka dał ją spożyć zaraz swej chorej na cholerę żonie. Jakim zaś innej chorej włościance.

Podczas gdy się to w Tuchli działo, w Sławsku po swojemu odbyto wyprawę na upiory. Tu egzorcystą był Stefan Burak. Miał swój osobny ceremoniał i swoje formułki czarodziejskie. Opatrzył się on w cudowne ziele, a przyszedłszy na cmentarz z drugim „znachorem”, Mikołajem Puszkarem, okadzał groby, łowił wiatr i wonią kadzidła dochodził, czy w którym grobie nie zaczaił się jaki upiór… Tym sposobem znalazł trzech wilkołaków. Nie kazał ich wszakże rozkopywać, mówiąc, iż zna tak potężne zaklęcie, że skoro je użyje, upiór nie odwali wieka swej trumny i nie przekroczy granic poświęconej ziemi cmentarnej. Ale Puszkar nie zgodził się na to, a tak i tu odkopano na rozkaz wójta Geringa wskazane groby, poćwiertowano trupów i robiono z nimi to samo co w Sławsku. Gdy już zagrzebano trupów, Puszkar zawołał, że w tej chwili jeszcze jednego odkrył upiora, który nie ludzi ale bydło zabija. „Oto patrzcie! – zawołał – przerzucił się w psa czerwonego!” I wskazał w ciemności, a potem dawszy ognia ze strzelby, zapewnił, że go ubił na miejscu…

W kilka dni potem umarło sześciu włościan. Byli to sami uczestnicy owych scen okropnych. Główni przywódcy pozostali przy życiu i znajdują się w ręku sprawiedliwości.

„Dziennik Polski” z 17 sierpnia 1873

Jak pop przyczynił się do epidemii cholery

9 lutego 2012

Z pod Zborowa 28. września.

(Korespondencja Dziennika Polskiego)

We wsi Hodów mamy dwie plagi: cholerę i tutejszego księdza Łucyka, sławnego moskalofila.

Podczas kiedy we wsiach okolicznych: Torhów, Bohutyn i Machnowce dawała się straszliwa cholera we znaki i zmiatała ludność tamtejszą prawie przez połowę, gmina Hodów cieszyła się dobrem zdrowiem. Nieszczęście chciało, że umiera na uboczu kilkadziesiąt kroków od wsi żona Ilka Horczyńskiego, nie wiadomo do dnia dzisiejszego na jaką słabość? Ksiądz Łucyk kontent z gratki, stawia mężowi zmarłej następujące warunki: za pogrzeb 25 zł., na bractwo do cerkwi 10 zł., diakowi 5 zł., dalej, jak się wyraził, na 16 mszy, ponieważ dusza nieboszczki wymaga „reparacji”. Mąż zmarłej kręci się jeden, drugi i trzeci dzień, a gdy widzi, że ksiądz nie żartuje, zbiera całą spuściznę zmarłej, a to kilka sznurków korali i krowę – pierwsze zastawia , drugą sprzedaje żydom – i czwartego dnia niesie żądaną kwotę księdzu. Ksiądz Łucyk rozgniewany, że Horczyński nie sprzedał krowy jemu lecz żydom, żąda jeszcze dodatku 25 zł., która to sprawa ciągnie się jeszcze przez dwa dni i dopiero, gdy doszło do wiadomości c. k. żandarmerji, po upływie mówię: pięciu dni i kilkunastu godzin – zaczęto się krzątać koło pogrzebu. Mieliśmy gorące dnie; w skutek tego ciało tak było czuć, że nie tylko do chaty, w której zmarła leżała, ale nawet w oddaleniu 30 kroków nikt przystąpić nie mógł, w celu zabrania ciała i włożenia do trumny. Tamtejszy naczelnik gminy Filip Ratuszny, zagroził kijami Oleksie Pasłajowi; krewnemu nieboszczki, jeżeli ciała do trumny nie włoży. Otóż ten biedaczysko pod groźbą kijów spełnił rozkaz. Ciało zmarłej już tak się popsuło, że odrywało się od kości, a Oleksa Pasłaj umarł na cholerę w przeciągu dwóch dni z całą rodziną w liczbie sześciu osób. Ztamtąd tj. od Oleksy Pasłaja, epidemja rozszerzyła się po całej wsi i do dnia dzisiejszego umarło 48 osób.

To wszystko zawdzięczyć należy księdzu Łucykowi, przeciwko któremu śledztwo karne już jest w toku.

„Dziennik Polski” z 2 października 1873


Ksiądz Łucyk chyba próbował protestować, bo kilka numerów dalej znajdujemy taką oto odpowiedź od redakcji: 

Korespondencje Redakcji.

Ks. Teodorowi Iw. Łucykowi w Hodowie:

Wnieś pan skargę do sądu!

„Dziennik Polski” z 9 października 1873

Strawność niektórych pokarmów

9 lutego 2012

Strawność niektórych pokarmów.

Czas, jakiego pokarm potrzebuje na strawienie w organizmie zdrowego człowieka, jest ważną wskazówką, jakich potraw mogą się nie obawiać, a jakich unikać powinne osoby cierpiące na żołądek. Dlatego podajemy tu czas trawienia niektórych używańszych u nas pokarmów, a ponieważ cyfry podawane pod tym względem w rozmaitych dziełach przedstawiają pewne różnice, dodajemy, że cyfry, które tu podajemy, czerpaliśmy z dzieła francuskiego uczonego dr. Beaumont.

Najkrótszym czasem potrzebnym na strawienie jakiegoś pokarmu jest godzina. W tym przeciągu czasu trawią się nóżki wieprzowe, flaki i ryż gotowany. Półtorej godziny potrzebują jaja bite na pjanę i jabłka z gatunków słodszych i nie twardych. W ciągu siedmiu kwadransów trawi się móżdżek i sago; w ciągu dwóch godzin: wątroba wołowa, kasza jęczmienna, jabłka z gatunków kwaskowatych; w ciągu półtrzeciej godziny: indyk, gęś, prosię, bób, pasternak, ziemniaki. O kwadrans więcej potrzebują kurczęta i wołowina gotowana, a całych trzech godzin wymaga wołowina pieczona i baranina gotowana. Trudniejszemi do strawienia są: baranina pieczona, marchew, bo potrzebują 3 godz. 15 min.; ostrygi, ser, jaja gotowane na twardo lub smażone, chleb pszenny, wymagające 3 g. 30 m., buraki 3 g. 45 m., a wreszcie kaczka i kapusta, dla których potrzeba 4 godz. i pieczeń wieprzowa, wymagająca 5 g. 15 m.

„Dziennik Polski” z 18 października 1873

Wypróbowany środek przeciw zanieczyszczeniu

9 lutego 2012

Wypróbowany środek przeciw zanieczyszczeniu ulic, zaułków itp.

Obok niezliczonej ilości zwyczajów patrjarchalnych, które razem wziąwszy, robią z stolicy 5-miljon. kraju nieznośny partykularz, utrzymuje się dotąd we Lwowie brzydki zwyczaj zanieczyszczania ulic, zaułków, kątów itp. przez przechodniów. Dla zaradzenia złemu „wpadły” odnośne władze „na myśl”, że „nieczytelna” tabliczka umieszczona nad miejscem mającem szczególniejszy pociąg dla przechodniów… zapobiegnie zbytecznemu użyźnianiu bruku miejskiego. Poprzybijano tedy na kamienicach, parkanach, w ogóle na przedmiotach zbyt często atakowanych przez przechodniów, tabliczki np. z takiemi napisami z węgierska po niemiecku : „Von Amtswegen ist verbothen, diesen Ort zu verunreinigen” – albo z niemiecka po polsku: „Zakazuje się z urzędu pod karą to miejsce nie zanieczyszczać.” Skutki tych ex offo zakazów i czuć i oglądać można co dziesięć kroków na każdej niepierwszorzędnej ulicy m. Lwowa. Idzie wieśniak lub baba z targu i widzi na rogu kamienicy jakiś napis, którego oczywiście odczytać nie umie; domyśla się więc, że w okolicach tego napisu musi być… szynk, nie znalazłszy ani drzwi, ani okna, którędyby wejść można do poszukiwanego przybytku Bachusa, zaspokaja „przy okazji” swe pragnienia w odwrotnym kierunku. Idzie „sztucer” z szkiełkiem w oku; przybliża się do tabliczki, respective muru, i udaje, że mocno jest zajęty odczytaniem niewyraźnego napisu… „Uhu!” Desinfekcja!

Nie wspominamy tu już o Krakowskiem, Żółkiewskiem i Zarwanicy. Tam panuje zupełna swoboda, jeszcze większa jak na placu „Castrum.” Zaradzić temu mogłyby tylko t. z. pisoary. Cóż! kiedy pieniędzy nie mamy!

Pewien obywatel posiada realność przy jednej z uliczek ciasnych, ciemnych, niezbyt uczęszczanych. Ta realność ma tę dla przechodniów dogodność, że ściany jej tworzą trójkąt. Ów obywatel zastawił ten trójkąt deskami, nabił w nie „ćwieków”, opisał kredą o co mu chodzi, zastawił się oficjalną tabliczką: że „to miejsce” pod karą 5 guld. „jest nie do zanieczyszczenia…” wszystko na nic: Najwięcej konewek masy Süwerna musiano wylewać w to miejsce. Gdy nie skutkowały ani pisemne, ani ustne – z poza parkanu – suplikacje, ów obywatel obmyślił następujący plan strategiczny: Jednego nieletniego chłopca uzbroił w starą pukawkę nabitą ślepym nabojem a drugiemu dał do rąk pewne narządzie używane w pewnych nieprawidłowościach żołądka – nabite krwią bydlęcą. Tak uzbrojonych malców ustawił w szyku bojowym w niezbyt wielkiem oddaleniu od pola „operowanego” przez przechodniów. Nie upłynęło kilka minut, gdy na „polu operowanem” pojawił się nieprzyjaciel w osobie jakiegoś niezbyt eleganckiego obywatela wyznania mojżeszowego i w sposób niedwuznaczny dał do poznania, że zamyśla rozpocząć kroki nieprzyjacielskie. W tym stanowczym momencie rozległ się huk… (nb. z pukawki malca), popłynęła krew (rozumie się z narzędzia drugiego chłopca) po twarzy przestraszonego nieprzyjaciela i dał się słyszeć okrzyk boleści: „Ach waj! Ych bin tojdt!” W okamgnieniu zgromadziło się kilkuset Samarytanów, sprowadzono nosze, policję, komisję sądowo-lekarską itd. i zaniesiono skrwawionego do szpitalu. Tu z zachowaniem wszelkich ostrożności obmyto mu twarz krwią zbroczoną i rozpoczęły się naukowe poszukiwania za raną śmiertelną…

Od owego zdarzenia daleko mniej masy desinfekcyjnej wylewają na to miejsce, gdzie się odbyła ta krwawa kampanja.

„Dziennik Polski” z 5 sierpnia 1873

Sąd chiński 1873

5 lipca 2011

Sąd chiński.

Jeden z amerykańskich dzienników tak opisuje posiedzenie sądu chińskiego, który się odbył niedawno w jednej z tamtejszych chińskich osad. Posiedzenie odbyło się w naumyślnie na to zbudowanej chacie drewnianej. Dziesięciu Chińczyków siedziało w półkole na ziemi z podłożonemi pod siebie nogami i z założonemi na krzyż rękami. W środku półkola stał oskarżony, a u stóp jego znajdowało się naczynie z rozżarzonemi węglami. Na znak przewodniczącego sędziowie powstali, odmówili modlitwę, poczem każdy z nich z rozmaitemi ceremoniami wrzucił na węgle pasek kolorowego papieru. Następnie zaczęło się właściwe badanie. Zdawało się, że oskarżony przyznawał się do winy bez oporu, gdyż niebawem sędziowie, którzy do badania usiedli, powstali znowu i stanęli dokoła naczynia z węglami. Każdy z nich wydobył znów pasek papierowy, poczem przewodniczący zapytywał o coś każdego z nich po kolei. Zamiast odpowiedzi, każdy rozdzierał pasek papierowy i rzucał go na węgle, co znaczy tyle co „winny”. Potem usiedli znów w kuczki, z wyjątkiem przewodniczącego, na którego rozkaz obżałowany zdjął sandały i musiał się położyć na brzuchu, podniósłszy nogi od kolan do góry. Tymczasem włożono dwie stopy długi pręt żelazny w rozpalone węgle, który brał z kolei każdy z sędziów i rozpalonym końcem pociągał po obu podeszwach obżałowanego. Podczas tej procedury przewodniczący sypał na węgle jakiś aromatyczny proszek, jak się zdaje dla zagłuszenia fetoru palonego mięsa. Po skończonej operacji, zalano rany winowajcy oliwą, poczem dwaj woźni zanieśli go na stojące w kącie łóżko. Zbrodnia obżałowanego polegała na tem, że ukradł drugiemu Chińczykowi bożka potężniejszego, dobroczynniejszego, lepszego, aniżeli ten którego sam posiadał, albo sobie go był w stanie kupić. Jestto jedna z najcięższych zbrodni, a w każdym razie cięższa, niż kiedy kto ukradnie bożka, równie albo mniej potężnego niż jego własny. Egzekwowany w ten sposób delikwent musi zwykle 5 – 6 miesięcy odleżeć, zanim znów stanie na nogach.

„Gazeta Lwowska” z 24 września 1873

Pijawki jako barometr

24 czerwca 2010

Najlepszy a oraz najtańszy barometr stanowią pijawki, które wpuszcza się do butelki z dość długą szyjką, napełnionej wodą do 3 części jej objętości, poczem zawiązuje się otwór płótnem, albo papierem, podziurawionym igłą. Pijawka spoczywająca zrana nieruchliwie na dnie flaszki, zwiastuje pogodne powietrze. Na deszcz lub śnieg wchodzi w szyjkę flaszki, i tak długo w niej pozostaje, dopóki zmiana nie nastanie. Jeżeli wiatr ma nastąpić, wtedy ciągle pływa i prędzej nie przestanie tego ruchu, aż wiatr nadejdzie. Przed nastaniem burzy z nawałnicą albo zamiecią pijawka zostaje po nad wodą, rzucając się niespokojnie. Do utrzymania pijawki przy życiu, należy wodę w butelce zmieniać w lecie co dni 8, w zimie zaś co dni 14.

„Szkoła. Tygodnik Pedagogiczny” z 9 stycznia 1873

Dwóch cesarzy na Wystawie Światowej

28 lipca 2009

Cesarz trzy godziny poświęcił na zwiedzenie wystawy machin. Publiczności nie oddalano, i tak przy uroczystości otwarcia jako też przy przechadzce po galerji, ciekawi z tłumu obok cesarza swobodnie się poruszali. Policji jakby nie było. Widok monarchy bezpiecznie przechadzającego się wśród zbiegowiska ludzi z całego świata, przypomniał niedawne sceny, jakie policja zmuszona była wyrabiać z publicznością, dla oddalenia strachu moskiewskiego cara. W którą stronę się zwrócił, policjanci wprzódy wszystkich ztamtąd wypędzali a opornych aresztowali – próżnia robiła się przed tyranem, a za nim szły złorzeczenia. Strach cara Aleksandra II. i bezpieczeństwo cesarza Franciszka Józefa, jest wyborną ilustracją teorji despotycznego a konstytucyjnego monarchy. Ażeby się ludzi nie lękać, należy szanować ich prawa i nie uciskać ich woli. Policja wiedeńska, zmęczona czynnością podczas wizyty carskiej, utraciła swojego dyrektora. Antoni Lemonnier, prezydent wiedeńskiej policji, z powodu nadzwyczajnej czynności i zmordowania w czasie pobytu cara, zachorował i umarł w tych dniach. Jest to więc ofiara despoty.

„Polska na Wystawie Powszechnej w Wiedniu 1873 r. Listy Agatona Gillera”. Lwów 1873.